milicja1

7.10 Święto odpowiedzialności zbiorowej


Kościół lubi odpowiedzialność zbiorową. Ma ją we krwi. Jesteśmy jej ofiarami. Na nas – jak głosi  nauka świętych – ciąży piekący, niezmywalny stygmat grzechu pierworodnego. Choć zrodzeni z niego nijak nie możemy odkupić bezeceństwa Ewki i Adasia. Historia prarodziców poucza, jak  sprawców i ludzi Bogu ducha winnych można wrzucić do jednego kotła.

PiS lubi biblijną koncepcję odpowiedzialności. Jakże inaczej skoro błogosławi mu ksiądz Rydzyk. Na Nowogrodzkiej stosuje się ją ze znawstwem, smakuje niczym wyszukane wino. A wiadomo: in vino veritas. Prawda taka, że aż w oczy bije; jedyna, niepodważalna, moralnie kryształowa. Prawda PiS.

Odpowiedzialność zbiorowa jest oszczędną i wydajną techniką sprawowania władzy. Sprawdzoną. W starożytności, w licznych dziełach kościoła, współcześnie, także przez Hitlera i Stalina.

Praktykując ją bierze się na celownik tych, którzy brużdżą lub mogą bruździć na jedynie słusznej drodze; naznacza się ich odpowiedzialnością za nadużycia nielicznych; nieważne, prawdziwe czy  zmyślone. W skażonym środowisku, społecznym czy zawodowym, wytypowanym do pisowskiej sanacji trzeba winnym i niewinnym pogonić kota w imię prawdy oraz dobrej zmiany. Oszczędzeni (na razie) powinni czym prędzej wysnuć z tego naukę, że lepiej od razu klapnąć na dupę, bo będzie źle; niezawodnie dosięgnie ich ręka wszechmocnego naczelnika i jego politycznych archaniołów.

Ale i tak po prawnikach, wojskowych dowódcach, dyplomatach będą następni…. Taka jest logika sposobu sprawowania władzy przez PiS. Może np. lekarze, to też przecież korporacja… Idziemy do prawdy – deklaruje prezes –  zbliżamy się do niej, jesteśmy coraz bliżej. Niekiedy już do niej nawet dochodzimy.

Weszła w życie ustawa dezubekizacyjna. Póki co najdoskonalszy przejaw pisowskiej polityki odpowiedzialności zbiorowej. Nie ważne kim jesteś, co robiłeś w tzw. „resorcie” . Jesteś naznaczony przez PiS piętnem zła. Będziesz SBeku, milicjancie/policjancie wywiadowco lub kontwywiadowco potępiony i pognębiony. Cierp, skoro nie potrafiłeś stanąć po właściwej stronie i polazłeś między ZOMO. Popatrz, na posła Piotrowicza, na innych; oni zbłądzili ale otrząsnęli się z grzechu i błędu i stanęli po stronie prawdy PiS. Nawrócili się i mogą wśród prawych stać z podniesioną głową oraz dobrze wypełnionym portfelem.

Nie ma wśród świętych postaci bardziej wielbionych jak ci, którzy zeszli ze „złej” drogi, odrodzili się w prawdzie kościelnej. I nie ma bardziej potępionych niż ci, którzy trwali przy swoim albo za późno zorientowali się skąd, tym razem, zawiewa wiatr historii.

Smutny dla „sbecji” będzie tegoroczny 7 października; dzień dawnego święta milicji i SB. Sztandary dawno już zostały wyprowadzone, dystynkcje zszarzały, ordery pordzewiały. Święto  umarłe, tak jak, w większości, umarli, ci którzy je kiedyś fetowali.

Byli sbecy są łatwym celem. Kto dzisiaj  ujmie się za prawie 40 tysiącami emerytowanych funkcjonariuszy na których, pękający od kasy budżet rządu PiS, zaoszczędzi aż 500 mln zł. Za to można powołać z pięć fundacji krzewienia wiedzy o dokonaniach rządu lub, jak kto woli,   fałszowania obrazu środowisk, które w mniemaniu PiS są przeszkodą dla dobrej zmiany.

Nie znajdzie się nikt, kto choć trochę sprostuje kłamstwa i pomówienia na temat bezmiaru zbrodni oficerów wywiadu czy kontrwywiadu, którzy np. przeszli weryfikację w wolnej Polsce. Najlepszy dowód, że tak nie było – poza kilkoma zbrodniczymi i osądzonymi wyjątkami –  można znaleźć na salach posiedzeń Sejmu i Senatu. A funkcjonariusze legalnego, uznawanego na świecie państwa, wrzuceni  do jednego worka, naznaczeni odpowiedzialnością zbiorową utoną w historii, jak wielu przed nimi. Zwycięzców wszak nikt nie pyta, czy mówią prawdę….

W epoce słusznie minionej – 7 października – byli też „resortowi ludzie”, którzy nie świętowali na akademiach i okolicznościowych uroczystościach. W tajnych lokalach kontaktowych pisali informacje i  raporty, donosili władzy co w trawie piszczy, a przede wszystkim akurat w ten dzień zbierali plon swojej działalności; brali nagrody i specjalną kasę za swoje usługi. To było także ich święto.

Jeśli wierzyć, tym którzy wzięli w swoje ręce odsłanianie „prawdy” o donosicielstwie w PRL i ludziach go uprawiających,  było takich  tysiące, setki tysięcy. I nie ma co się łudzić- tylko niektórych, szczególnie cennych dla służb presją zmuszono do tej roboty. Bezpieka doskonale wiedziała, że z niewolnika nie ma pracownika.

A skoro tak dużo różnych TW  było w społeczeństwie – tak przynajmniej to ocenia IPN – to jak bardzo musiały być nimi nasycone środowiska, które władza ludowa miała za wrogie sobie lub choćby jej nieprzychylne. Tam, mówiąc wprost, było zatrzęsienie donosicieli i kapusiów. Czasem parających się tym zajęciem z pokolenia na pokolenie.

Zgadnijcie, co się z nim stało po 1989 r., gdzie mogli się podziać, gdzie znaleźli przystań, by złapać oddech w oczekiwaniu na nową szansę; by w aurze niezłomnych „rycerzy” wolności, konspiratorów lub ofiar reżimu wypłynąć na szerokie wody w nowej rzeczywistości?

7 października to także ich święto.