Fot. belsat.eu
Fot. belsat.eu

Białoruś: bunt przeciwko władzom i urzędnikom


Wygląda na to, że wprowadzając „podatek od pasożytnictwa” władze i urzędnicy białoruscy pobudzili obywateli do aktywnego przeciwstawienia się władzy. Póki co, ani prezydent Łukaszenko, ani aparat władzy nie widzą, że niezadowolenie obywateli zbliża się do granicy, za którą wydarzenia mogą przybrać zupełnie nieoczekiwany obrót.

Demonstracje przeciwko „podatkowi od pasożytnictwa” okazały się być największym wybuchem niezadowolenia społecznego na Białorusi od czasu pacyfikacji protestów przeciwko fałszerstwom wyborczym w 2011 roku. Największa liczba demonstrantów pojawiła się Bobrujsku i Witebsku (ponad tysiąc osób w każdym z miast). Białorusini demonstrowali także w Baranowiczach i Brześciu, wznoszono miedzy innymi okrzyki nawołujące prezydenta Łukaszenka do rezygnacji ze stanowiska. Protestujący nieśli – zakazane na Białorusi – biało-czerwono-białe flagi.

Bezrobotnymi manipulują obce siły?

– Dziś, niektórzy, pod przykrywką „pasożytnictwa”, starają się rozkołysać tę łódź i udowodnić nam, że to nie jest nasza ziemia, ale czyjaś – powiedział prezydent Białorusi, cytowany m.in. przez portal Tut.by. – „Pasożyci” powinni wiedzieć, że ich próbuje się po prostu użyć w najbardziej egoistycznym celu, aby zniszczyć to, co jest, aby zniszczyć to, co stworzyliśmy, aby nie dać nam się umocnić.

Ta niejasna wypowiedź, nie precyzująca nawet kto ma wykorzystać protestujących i jakież to siły stoją za demonstrantami, ale sugerująca ich brudne i antybiałoruskie intencje, dowodzi jedynie, że historia lubi się powtarzać. Jakże podobna jest to argumentacja, która np. w Polsce brzmiała np. podczas przełomów, w roku 1970 czy w 1981.

450 tysięcy osób musi zapłacić

Tak samo i w tym przypadku władza nie wykazała się zrozumieniem w stosunku do protestujących ani nie przysłuchała się ich argumentom. Przypomnijmy, że wezwania do zapłacenia tzw. podatku od pasożytnictwa otrzymało prawie 450 tys. osób. To duża grupa społeczna, której niezadowolenie może, w konsekwencji, okazać się większym problemem, niż jakiekolwiek akcje protestacyjne opozycji, które dotychczas odbyły się na Białorusi.

Przypomnijmy, że do dnia dzisiejszego potarek zapłaciło 54 tysięcy Białorusinów, a krajowy budżet otrzymał 16,3 mln rubli.

Warto dodać, że wprowadzając „podatek od pasożytnictwa”, władze Białorusi tłumaczyły, że ma on stymulować bezrobotnych do podjęcia pracy lub do oficjalnego zarejestrowania się w urzędzie pracy. Zdaniem opozycji, uderza on w obywateli i tak dotkniętych pogarszającą się sytuacją gospodarczą. W styczniu tego roku wprowadzono poprawki, które zwalniają z opłaty m.in. „osoby w trudnej sytuacji życiowej” i wprowadzają procedury odwoławcze.

Związkowcy idą do Trybunału Konstytucyjnego

Jak podał portal Naviny.by, Związek Zawodowy Pracowników Przemysłu Radioelektronicznego rozpoczął nową kampanię przeciwko dekretowi wprowadzającemu „podatek od pasożytnictwa” i ma zamiar zaskarżyć go do białoruskiego Trybunału Konstytucyjnego. Petycję w tej sprawie podpisało już tysiąc osób. Zdaniem związkowców, dekret numer 3 (dot. „podatku od pasożytnictwa” – przyp. red.) jest niezgodny z dwoma artykułami Konstytucji Republiki Białorusi.

W tym miejscu warto zauważyć, że – jak podają media białoruskie – realna stopa bezrobocia na Białorusi jest kilkakrotnie wyższa od danych oficjalnych. Pod koniec stycznia 2017 roku liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 39,9 tys. – To jest 0,9% aktywnej zawodowo populacji. Rzeczywista stopa bezrobocia na Białorusi wynosiła 5,8% ludności w wieku produkcyjnym, czyli ponad 200 tysięcy osób.

Jak zauważa portal Naviny.by, zdecydowana większość z bezrobotnych „nie spieszy się z wizytą w urzędzie dla bezrobotnych, ponieważ zasiłki są skąpe, a normalna praca nie jest oferowana”.