Bij Niemca!


Jeszcze nie złożyliśmy pozwu w sprawie reparacji wojennych od Niemiec, jeszcze rząd nie podjął w tej kwestii decyzji, nawet nie wypowiedziało się sejmowe biuro legislacyjne, a polsko-niemiecka wojna werbalna rozpoczęła się na całego. Na razie polega ona na ustalaniu, kto w Polsce jest przyjacielem Niemiec, co samo w sobie oznacza, że jest złym Polakiem. Patrzę na to i myślę sobie: a co z tego wyniknie na przykład w kontekście Grupy Wyszehradzkiej i Międzymorza. Budowaliśmy te międzynarodowe powiązania długo, cierpliwie i nie bez trudu. Teraz zdaje się nadszedł czas na zbieranie owoców. Tylko, że to może okazać się trudne. Jeśli Polska stanie się zdeklarowanym wrogiem Niemiec. nasi partnerzy zostaną postawieni wobec wyboru: kogo popierają – Niemców czy nas? A z tym może być rozmaicie.

Chorwacja jest kluczowym krajem dla idei Międzymorza, a zwłaszcza dla pomysłu sprowadzania do Europy Środkowej gazu z USA. To w Chorwacji ma być drugi koniec rury i drugi gazoport, bez niej nie ma tego projektu. A jednocześnie każdy, kto choć przejeżdżał przez Bałkany wie, że Serbia była zawsze prorosyjska, a Chorwacja proniemiecka. Z przyczyn historycznych i mentalnych trudno będzie Chorwatom opowiedzieć się przeciwko Niemcom i nie powinniśmy ich do tego zmuszać. Otwarta wrogość Polski wobec Niemiec wyklucza też współpracę z Austrią (która ostatnio nie była od tego), Ukrainą (Niemcy są dla nich ważni ze względu na negocjacje z Rosją) oraz Republikami Bałtyckimi – wobec ich kruchej niepodległości absurdem byłoby przyjmowanie postawy antyniemieckiej. A sama grupa Wyszehradzka? Na pewno nie będzie nas wspierać w konflikcie z Niemcami Słowacja, stanowisko co najwyżej naturalne zajmą Czechy. Konflikt polsko-niemiecki nie jest też wcale na rękę największemu sojusznikowi Polski, Orbanowi, którego dotychczasowa polityka opierała się na umiejętnym lawirowaniu miedzy Brukselą a Moskwą. Gdyby Orban stał się wrogiem Niemiec zostałby mu tylko Putin, co dla Węgier byłoby fatalne. Krótko mówiąc propagandowa, a może i rządowa wojna polsko-niemiecka mogłaby unicestwić wszystko, czego żeśmy się dopracowali w Europie Środkowej i na dodatek przekonać Donalda Trumpa, że jesteśmy ludźmi niepoważnymi, z którymi nie można robić dużych interesów, bo zaraz zaczną wymachiwać szabelką i wszystko zepsują.

Czy to oznacza, ze mamy zrezygnować ze starań o reparacje? Moim zdaniem niekoniecznie. To jest jednak sprawa skomplikowana i będzie się toczyć przez całe lata. Jeśli rządzący uważają, że jest szansa, należy znaleźć bardzo dobrą, najlepiej amerykańską kancelarię prawną i się procesować. Powoli, mozolnie, bez wznoszenia bojowych okrzyków.

Oczywiście nie jestem idiotą i zdaję sobie sprawę, że kwestia polsko-niemiecka to w gruncie rzeczy przygotowanie artyleryjskie do ustawy o dekoncentracji mediów. Jednak w kraju katolickim powinniśmy pamiętać, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi. Koszt oprawy propagandowej jednej ustawy może się okazać zaskakująco wysoki. I to wcale nie tam gdzie się tego rząd spodziewa.