Dobra zmiana i MI6


Polityka „dobrej zmiany” rządu Beaty Szydło doczekała się pierwszej, w każdym razie pierwszej upublicznionej, recenzji ze strony służb specjalnych. Brytyjska MI6 ujawniła raport, który rysuje mało pochlebny obraz polskiej rzeczywistości, po zmianach w administracji rządowej. Na serii zwolnień mają korzystać służby rosyjskie, które prześcigają się w zatrudnianiu swoich ludzi na interesujących z punktu widzenia ich wywiadu stanowiskach. Ma być na tyle źle, że Polska przestaje być lokowana jako sojusznik, ale jako słaby wręcz niebezpieczny punkt wspólnoty.

Wielka Brytania znana jest w świecie, że walczy do ostatniego żołnierza… swych sojuszników. Dlatego też nie do końca przyjmuję intencje Anglików jako szczerą troskę o stan bezpieczeństwa kraju nad Wisłą. Być może jest tak, że w ferworze czystek kadrowych, zwolnieni zostali pracownicy polskich resortów, którzy sympatie do Szekspira przedłożyli ponad miłość do pagórków i łąk zielonych Mazowsza. Taka sytuacja oczywiście musiałaby zaboleć centralę nad Tamizą. Opowieści o umowach dwustronnych zakazujących praktyk wywiadowczych na terenie sojusznika, zostawiam bez komentarza. Ma to pewien związek z zajadami, które ponoć pękają od śmiechu.

I tyle dygresji. Ale w raporcie szpiegów Jej Królewskiej Mości może być coś więcej. Aktywność służb rosyjskich w Polsce jest tajemnicą poliszynela. Nie ulega też kwestii, że czasy burzliwych zmian – a takie są udziałem naszego kraju – sprzyjają działaniom wywiadów. W grypserze spec służb operacje takie noszą miano gier, ukierunkowanych na wypracowanie dogodnej dla siebie sytuacji. Umieszczenie kadrowego pracownika wywiadu lub zwerbowanie współpracownika na przykład w Centrali służb, resorcie spraw zagranicznych, czy obrony narodowej jawi się jako przedmiot onirycznych pragnień, każdego wywiadu świata. Wywiadu, który prowadzi działalność globalną zwłaszcza. A tak działają Rosjanie. Zresztą nie tylko oni. Całkowita bezrefleksyjność polskiego rządu w relacjach z Chinami, to temat na osobny materiał…

Przypuszczać należy, że zanim pojawił się raport służb brytyjskich, musiało dojść do nieformalnych spotkań z polskim rządem, a w każdym razie z przedstawicielami polskich służb. Strona brytyjska wyjawiła swoje zaniepokojenie, być może padły przykłady. I coś mi mówi, że akcja brytyjska mogła rozbić się o mur pryncypialności polskich polityków. W końcu nie od dziś wiadomo, że ani minister Waszczykowski, ani minister Macierewicz sroce spod ogona nie wypadli i żaden James, a nawet James Bond nie będzie się wtrącać w kierunek „dobrej zmiany”.

Tyle tylko, że w wspólnocie wywiadów państw NATO Wielka Brytania jest dłużej niż Polska. Jej związki z USA są znacznie mocniejsze i można mieć pewność, że poziom wymiany informacji szerszy i pełniejszy. Stąd wnoszę, że raport MI6 został bardzo uważnie przeczytany w Waszyngtonie, a najpewniej był tam znany przed jego opublikowaniem.

Wystawiona w nim ocena polskiego bezpieczeństwa i możliwych wypływających z tego faktu konsekwencji dla nas, jako członka obozu Zachodu – brzmi groźnie. Samo wskazanie, że polska administracja, przy znajdującym się w stanie agonalnym kontrwywiadzie, jest celem zmasowanego ataku służb rosyjskich winno wywołać trzęsienie ziemi w Polsce. Spotkania na poziomie szefów służb to najmniej co powinno się zdarzyć. A zdarzyło się? Jakieś refleksje? Wnioski, czy plany na przyszłość? Przecież było nie było jeden z czołowych sojuszników w swoim opracowaniu podważył wiarygodność polskiej administracji. I co? Na razie nic. Nie wiem, czy jest to cisza w której lubią pracować wywiady i kontrwywiady świata, jeśli tak to dobrze. Doświadczenie jednak podpowiada, że nie dzieje się nic, a jest to cisza przed burzą. Niestety.