szydlo3

Im bardziej demokracja jest dziełem „elyty” – tym bardziej rozkwita


Trener Nawałka ćwiczy kopaczy jak walić w gałę po nowemu. Partia też ćwiczy. Dwa lata. I ma wyniki. Suweren nie lubi zawiłości. Zatem „clou” nowego systemu rozwiniętej demokracji jest nieskomplikowane. Po cholerę, komu demokratyczne procedury, zawijasy i ceregiele w rządzeniu  państwem; po co Sejm, Senat, posłowie, izby, radni, marszałkowie i ich laski, stada ministrów i komitety oraz liczne pomniejsze badziewie. Kosztuje to drogo i tylko szarpie nerwy. Tałatajstwa się tam napchało, gardłują po próżnicy. Jakby mogli coś zmienić; tylko, za przeproszeniem, obstrukcję czynią na jedynej, słusznej drodze, którą kroczymy.

Jest zmiana? Jest! Czy jest ktoś, kto proponuje, coś lepszego? Nie widzą, nie słyszę! Jak coś jest „dobre” to jest, nawet jeśli nie jest niemieckie; po kiego więc, wydziwiać i strzępić ozory. Każdy Prawdziwy rozumie, co jest grane i nie kaprysi. Jeśli  nie dadzą posłuchu knowaniom ulicy i zagranicy to się im zafunduje „bardzo dobrą zmianę”; w trzeciej kadencji „najlepszą zmianę”, a na deser „super zmianę”. Będzie taki progres jak w obronie narodowej,  a Europie wyjdą gały z orbit. Już nasz wszędobylski Rysio ich uświadomi.

Na naszych oczach istota epokowego rozwoju demokracji made in PiS nabiera konkretnego kształtu. Sejm i Senat – do skreślenia. Niezbędny jest tylko zwycięski prezes zwycięskiej partii i prezydent. Reszta jest jak sztuczne kwiaty. Nie rozumie tego tylko wróg, zaprzaniec, leming, lewak albo agent wpływu, wiadomo skąd. Rząd też jest za duży. Ekipa ledwo mieści się przy stole w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. I jeszcze to, obślinianie premierowej ręki przy powitaniu.

Historia dzieje się na naszych oczach. Niedowiarki, heretycy, poganie, komuniści i złodzieje nie dostrzegają historycznego przełomu jaki się dokonuje. A wystarczy popatrzeć właściwie.

Widzieliśmy jak prezes zajechał do prezydenta. Kapciowi głowy państwa wyglądali przez drzwi i meldowali, że prezes już drepce po schodkach, wspina się do klamki. I wkracza.

– Cześć Andrzej – przywitał się bez zadęcia, zdejmując kaszkiecik.

– Szczerzem rad – kordialnie odpowiadziała mu głowa państwa – że prezes nawiedza moje skromne progi. Lubieję to…

– …ty mnie tu, po staropolsku nie zagaduj –  prezes już taki jest, że od razu przechodzi do rzeczy –  jest sprawa, jest ustawa.

– Oj, to robótka się szykuje – zatroskała się sternik nawy państwowej.

–  Jaka tam robótka – machnął ręką prezes – weź, poczytaj. Zrobimy po mojemu, w trybie żadnym. Bez papierzysków, wrzasków, dzwonienia, walenia laską i skakania sobie do oczu. I – popatrzył surowo na prezydenta – bez wyskoków. Żadnego veta!

–  Jak to bez veta – zasromał się sternik – bez symbolu złotej wolności, źrenicy oka, bez śmiałego nawiązania do tradycji… To mi – zwilgotniały mu oczy – zniszczy wizerunek.

Prezes wytarł nos i też się zatroskał. Masz ci los, ledwie zaczął, a sternik się rozkleja.

– Może, ty masz i rację – rzekł po chwili namysłu tak głębokiego, że przestał być widoczny, a gdy wrócił do ziemskiej postaci powiedział dobrotliwie – a miej, ty sobie, to veto, miej, skoro tak uważasz.

Prezydent rozpromienił się i zamienił w słuch.

–  Uważasz, zrobimy tak – wyjaśnił prezes – weź tekst  ustawy, możesz nawet jej nie czytać, wpadnę do ciebie ze dwa, trzy razy, wypijemy herbatkę, poplotkujemy; wiesz, że mam do tego skłonność, nie bez przyczyny kręcą serial o moim uchu; fakt, lubię być zorientowany, co kto knuje… ale o czym to ja….

–  … o ustawie – z wdziękiem osoby bywałej na światowych salonach prezydent podrzucił  prezesowi jego myśl, która na chwilę uleciała.

–  A tak, tak  – prezes podziękował skinieniem głowy, bowiem i jemu nie były obce maniery salonowe; w ciężkich czasach stalinizmu nie wychowywał się przecież z dotkniętym awansem komunistycznym pospólstwem na podwórku tylko w willowych ogrodach –  po każdym spotkaniu oświadczymy, że zbliżamy się do prawdy. Suweren się ucieszy, gorszy sort będzie miał, wprawdzie ulotną, ale też chwilę przyjemności. Na koniec tego pitigrili – prezes poklepał głowę państwa po plecach –  ogłosimy, że to, co ci tu przyniosłem jest naszym, wspólnym dziełem, owocem demokratycznego kompromisu wypracowanego w toku wielogodzinnych negocjacji  –  prezes podniósł palec – które odbywały się w dobrej atmosferze.  I co, podoba się.

–  A gdzie moje veto – zatroskał się prezydent.

–  No, masz, a ten w kółko swoje – najeżył się prezes – weź, głowo państwa otwórz się na nowe horyzonty, widząc jednak strapioną minę na twarzy głowy, dodał pojednawczo – nie martw się, gdzieś wciśniemy veto, jak zgodziłem się, że ma być, to będzie!

Zrobili jak się umówili. Z małą zmianą. Dali też trochę pozabawiać się tematem swoim Posłusznym, bo ci larum podnieśli, że nie godzi się by prezes i sternik nawy państwowej pracowali w pocie czoła, a personel leżał brzuchem do góry. Zaraz opozycja zacznie spiskująco jazgotać, że są przerosty w administracji.

Wyszło pierwsza klasa. Okazało się, że można doskonale obejść się bez Sejmu i Senatu. Na dobrą sprawę obie izby, jako przeżytek na drodze rozwoju rozwiniętej demokracji, wkrótce należy przemienić w skansen i pokazywać młodzieży szkolnej oraz wycieczkom z prowincji.

Premier też ma swoje zasługi w upraszczaniu demokracji na niewdzięcznym gruncie rządowym.

– Od tej roboty szału można dostać – szefowa rządu poskarżyła się swojej broszkowej, osobie zaufanej i przeznaczonej wyłącznie do obsługi tej części premierowskiej garderoby.

– Po diabła jest tylu ministrów – broszkowa od dawna nie mogła tego pojąć – nachodzą tylko panią premier i marudzą, jakby nie wiedzieli, że jak coś chcą, niech sami dmuchają na Nowogrodzką, zamiast panią premier zatrudniać w charakterze gońca.

– No właśnie – westchnęła prezes Rady Ministrów – ta robota bokiem mi już wychodzi i gdyby nie twoje broszki nie miałabym z niej żadnego zadowolenia – premier zatopiła się w zadumie – ale, ale, coś mi przychodzi do głowy – krzyknęła, tak głośno jakby ją broszkowa dźgnęła szpilą od broszki w delikatne miejsce – już wiem, już wiem, co zrobię – klasnęła w dłonie –  zrestrukturyzuję to przebrzydłe bractwo.

– .. co – zaciekawila się broszkowa

– Dobra, mniejsza z tym, wiem co zrobię – premier zajęta swoim odkryciem nie zwracała uwagi na erudycyjne zacofanie broszkowej – nie mogę jednakowoż od razu gruchnąć z grubej rury, to musi być proces, trzeba rozegrać sprawę polityczne, etapowo, po troszeczku.

– ….? – dziwowała się broszkowa, bo dawno nie widziała u szefowej takiego przypływu energii

– Właściwie to ten mój, przystojny wicepremier – głośno zastanawiała się premier, bawiąc się broszkami – wszystko sam mógłby robić, jest jak jednoosobowa orkiestra symfoniczna. Od razu  dołożę mu obowiązków, niech ma jeszcze budownictwo i infrastrukturę. I proszę – uśmiechnęła się do siebie – jednego ministra mniej; ale ci, od sądów i nauki muszą zostać, koalicjanci.

Premier w myślach szybko zrobiła przegląd pozostałych osobistości swojego gabinetu

–   Tę od komputerów – zdecydowała – spuszczę, a jej robotę rozparceluję na starego i młodego, od obrony i spraw wewnętrznych, niech się gryzą. Zagranicę niech sobie prezydent bierze. Umywam od tego ręce.

–  Dobrze mi idzie, choć pierwszy raz restrukturyzuję –  ucieszyła się premier – tego, co nic tylko by rąbał las dziewiczy i strzelał z fuzji, też się pozbędę; jego robotę dam do resortu energii, co też – pomyślała – jest całkiem naturalne; tam też rąbią, taki np. węgiel rąbią, a ten, jak wiadomo jest przecież z drzewa. Przystojniaczek, któremu ciągle mało – zachichotała złośliwie – zaraz wyciągnie ręce po energetykę; a jakże, też mu ją odpuszczę, nawet nie zauważy, że razem z nią łyknie drzewostan i zwierzaki. Ale to – zdecydowała – w II etapie mojej restrukturyzacji.

– Ojciec się zmartwi – wtrąciła broszkowa, która zaczęła nadążać za tokiem myśli szefowej.

– Jaki ojciec – zainteresowała się premier, bowiem na to słowo reagowała żywo, czego nauczyły ją lata pracy w łonie awangardy politycznej kraju.

– Jak to jaki – burknęła broszkowa – toruński.

– Toruński – powiedziała premier, ożywiona po sprawnej restrukturyzacji przypływem sił przewodnich i poniekąd, także charyzmy – toruński, broszkowa, to jest  piernik.

– Żeby potem nie było, że nie mówiłam – naburmuszyła się broszkowa.

Rozpromieniona szefowa rządu spisała plan restrukturyzacji rządu, bynajmniej nie personalnej tylko strukturalnej; opatrzyła go pieczęcią podłużną i okrągłą z godłem oraz podpisem. Profesjonalny, nareszcie!!, szofer z SOP, d. BOR powiózł ją na Nowogrodzką. Po drodze przekąsiła czekoladkę marki E. Wedel, d. 22 lipca.

– Ho, ho, ho – rozpłynął się w uśmiechu prezes, gdy premier wyłożyła swoje zamiary – pięknie, nasza premier czuje trend i moją koncepcję, co rokuje owocnie. Trzecią kadencję, chyba już w piątkę uda się obskoczyć.

– Kalkuluję, na razie wstępnie – zastrzegła się premier- że jednak sześć do siedmiu osób będzie trzeba – i westchnęła z rozmarzeniem – im bardziej demokracja jest dziełem „elyty”, tym bardziej rozkwita. To prawo rozwoju – stwierdziła ponieważ lubiła powiedzieć, coś na koniec – powinno nosić imię pana prezesa.

Był to fragment czytanki w stylu realizmu magicznego „Jak rozwiniętą, aż do spodu demokrację budowano w krainie wolności ”. Autor nieznany.

Uwaga od redakcji: wszelkie podobieństwa postaci i zbieżność zdarzeń opisanych w powyższym tekście do jakichkolwiek osób i sytuacji występujących w rzeczywistości są absolutnie przypadkowe i całkowicie niezamierzone.