Fot. Wikipedia
Fot. Wikipedia

Kłopotliwy przyjaciel


W czasie pogrzebu Lecha Kaczyńskiego prezydent Gruzji Micheil Saakaszwili zdobył sobie serca Polaków. Po wybuchach wulkanów liczne głowy państw z powodu zagrożenia dla lotów odwołały swoja obecność na pogrzebie. Ale Saakaszwili przylecieli. Jego odyseja przez różne porty lotnicze miała charakter niemal awanturniczy. To się musiało Polakom spodobać. Nic zatem dziwnego, że ostatnio Polska witała Saakaszwilego życzliwie, a już zwłaszcza partia rządząca, której zrobił na dzień dobry prezent oświadczając publicznie, że katastrofa smoleńska to nic innego jak osobista zemsta Władimira Putina na Lechu Kaczyńskim. Ogólnej życzliwości towarzyszyła jednak pewna rezerwa, bo są powody by sądzić, że Saakaszwili nie wpadł tym razem do nas na chwilę, lecz na wiele dłużej, może nawet na kilka lat.

Kariera polityczna Micheila Saakaszwilego to materiał na niezły film. Rozpoczął ją, jako polityk partii Edwarda Szewardnadze, kiedyś ministra spraw zagranicznych ZSRR, a potem prezydenta Gruzji. Następnie wystąpił z partii, obalił Szewardnadze i sam został prezydentem z rekordowym poparciem. Pierwszą kadencję kończył rozpędzając wielkie demonstracje oponentów (ponad 500 osób trafiło do szpitala), wprowadzając stan wyjątkowy i pacyfikując opozycyjną telewizję. Mimo to wybrano go na drugą kadencję. Był to rok 2008. W roku 2012 w wyborach zwyciężyła opozycyjna partia Gruzińskie Marzenie. Po jej zwycięstwie politycy z kręgu prezydenta zaczęli gromadnie zwiewać za granicę. W roku 2013 nie doczekawszy końca kadencji na emigracje udał się także Saakaszwili. Obecne władze Gruzji oskarżają go przekroczenie uprawnień w czasie rozpędzania demonstracji w roku 2007, różne bezprawne działania oraz przywłaszczenie środków budżetowych. Za Saakaszwilim został rozesłany międzynarodowy list gończy. On sam twierdzi, że wszystkie zarzuty to zemsta polityczna nic więcej.

Wypędzony z Gruzji i pozbawiony obywatelstwa tego kraju Saakaszwili udał się do Ukrainy. Zna ten kraj dobrze, ponieważ studiował w Kijowi i kolegował się w tym czasie z nie byle kim bo z samym Petro Poroszenką. Saakaszwili wziął udział w Majdanie, a potem (w 2015) otrzymał ukraińskie obywatelstwo i został mianowany Przewodniczącym Odeskiej Obwodowej Administracji Państwowej, czyli mówiąc po ludzku gubernatorem. Rok później ustąpił z funkcji, założył partię Ruch Nowych Sił, zaczął oskarżać Poroszenkę o korupcję i żądać przedterminowych wyborów parlamentarnych. Prezydent Ukrainy znosił to cierpliwie przez czas jakiś, ale w końcu nie wytrzymał i 26 lipca 2017 pozbawił Saakaszwilego ukraińskiego obywatelstwa.

Były gruziński prezydent i ukraiński gubernator przybył do Polski ze Stanów Zjednoczonych, posługując się ukraińskim paszportem, do którego de facto nie ma prawa. W wywiadach twierdzi, że lada moment udaje się do Ukrainy by tam kontynuować działalność polityczną. Moim zdaniem próba przekroczeni granicy musi się zakończyć odebraniem mu ukraińskiego paszportu i pozostawieniem w kraju skąd przybył. Owego kraju już nie zdoła opuścić, bo nie będzie miał dokumentów. Gdyby to była Polska pojawia się kwestia: co w tej sytuacji zrobić. Sądzę, że Gruzji Saakaszwilego nie wydamy i przyznamy mu prawo pobytu. Czy także obywatelstwo? Przykład ukraiński jest pouczający. Saakaszwili otrzymał od Poroszenki bardzo wiele, ale tak jak kiedyś wobec Szewardnadzego nie zachował się lojalnie. Ktoś powie, że w Ukrainie istotnie kwitnie korupcja, więc miał rację. Nie do końca. Ukraina jest krajem w stanie wojny i bezpardonowe ataki mające na celu skompromitowanie obecnych, proeuropejskich władz są w interesie Władimira Putina, nikogo więcej. To pokazuje działalność Saakaszwilego w niezbyt korzystnym świetle.

Gdy piszę ten felieton ex prezydent Gruzji jest w Litwie. Może tam zostanie, może ruszy dalej na północ, a może wróci do Polski. Jeśli na swoje nowe miejsce w świecie wybierze nasz kraj mogą być kłopoty.