smolensk33

Nowe stare teorie smoleńskie


10 kwietnia, w 7 rocznicę katastrofy smoleńskiej minister Macierewicz i jego podkomisja ds. wyjaśnienia jej przyczyn wylała beczkę benzyny na nieco już wystudzone emocje społeczne związane z tą tragedią.

Tym razem zobaczyliśmy profesjonalny film, którego możliwie sugestywna forma ma widzom nie mającym pojęcia o lotnictwie pomóc w przyswojeniu i przejęcia za swoje tez od dawna lansowanych przez Macierewicza. Z kilkoma chlubnymi wyjątkami; w nowej narracji skończyła się epoka pękających puszek i parówek – psudoargumentów, które obrażały pamięć ofiar upadku Tu 154 oraz inteligencję ludzi do których kierowano tego rodzaju argumenty.

Ponura śmieszność takich dowodów została zastąpiona – jak mocno akcentowały kadry filmu – przez eksperymenty, drobiazgowe symulacje komputerowe, profesjonalne badania i specjalistyczne ekspertyzy, podparte autorytetem amerykańskich uczelni i nieszczęsnej Wojskowej Akademii Technicznej zmuszonej rozkazem do udziału w tym przykrym obowiązku.

Tę zmianę podejścia przyjmuję z umiarkowanym optymizmem. Im dalej jesteśmy od smoleńskiej wiary-mitu i zaczyna się dyskusja na fakty i argumenty, tym lepiej dla prawdy i zdrowia psychicznego społeczeństwa.

Nie mnie jest sądzić o merytorycznej zawartości filmu wyświetlanego w auli WAT. To zadanie dla specjalistów. Liczę, że to co przedstawiono zostanie szczegółowo przeanalizowane i publicznie omówione przez ekspertów z Komisji Badania Wypadków Lotniczych oraz naukowców, którzy byli jej zapleczem badawczym. Stoją oni teraz przed zadaniem nieporównanie trudniejszym; są pozbawieni wsparcia, przede wszystkim, finansowego i organizacyjnego ze strony państwa.

Nastąpiła znamienne odwrócenie ról: do wyborów jesienią 2015 r. machina państwowa była do dyspozycji komisji Millera; teraz jest w rękach PiS. Efekt jest już widoczny: jakość zaprezentowanego filmu (przewrotnie nazywanego „prezentacją”lub „ilustracją” prac podkomisji) zdecydowanie odbiega na korzyść od poprzednich „produkcji” smoleńskich ekspertów.

Film pokazany na WAT służy podtrzymaniu macierewiczowskiej tezy o zamachu. Jest trochę jak tzw „nowe otwarcie” Przypomina zachodnie produkcje telewizyjne wyjaśniające przyczyny katastrof dużych samolotów pasażerskich prezentowane przez np.Discovery, National Geographic (Katastrofa w przestworzach) czy Planet.

Różnica jest na pierwszy rzut oka niewielka ale znacząca. Tam pokazuje się drogę jaką przechodzą  specjaliści aby poznać prawdziwe przyczyny wypadku. Celem filmu podkomisji Macierewicza jest udowadnianie z góry powziętej hipotezy zamachu i przekonanie widzów o jej prawdziwości. Filmy telewizyjne są więc rodzajem fabularyzowanego paradokumentu; obraz stworzony przez podkomisję jest jednoznacznie filmem propagandowym. Tylko tu i ówdzie taki jego charakter jest lekko maskowany.

Ze zdarzeń w dniu lotu do Smoleńska przedstawiono więc tylko niektóre, wyselekcjonowane fakty, które pasują do „koncepcji”.  Zinterpretowano je tak by potwierdziły domniemaną teorię spisku i zamachu oraz pozwalały – palcem lub w domyśle – wskazać odpowiedzialnych.

Przede wszystkim są nimi Rosjanie. Nie ma więc rewelacji. Komisja  Millera już dawno wskazała na błędy w pracy kontrolerów prowadzących podejście Tu154 z wieży kontrolnej lotniska w Smoleńsku, w tym jego b. dowódcę. W filmie pojawił się też z imienia i nazwiska generał z Moskwy. Pojawił się ale nie została wyjaśniona jego  rola w wydarzeniach, poza stwierdzeniem, że kilkakrotnie telefonował na wieżę lotniska w Smoleńsku. Prawdopodobnie chodziło o sugestię, iż macki spisku sięgały wysoko.

Eksperci Millera z pewnością mieli podstawy do wskazania profesjonalnych błędów popełnionych przez kontrolerów. Byli oni niewątpliwie pod wielką presją psychiczną  po urągającej przepisom szarży polskiego pilota Jaka 40, który wylądował z grupą dziennikarzy na pokładzie i po dwóch – na granicy katastrofy – podejściach wielkiego IŁ-a 76 z prezydenckimi limuzynami na pokładzie  (autorzy w filmie – bez dowodu –  twierdzą, że ich nie było w tym samolocie).

Podkomisja – chyba po raz pierwszy- z taką mocą podchwyciła wątek winy kontrolerów wskazywany  w raporcie Millera. Poszła jednak znacznie dalej. Przypisała im udział w zbrodniczym spisku i działanie z rozmysłem. Dowody na takie ich postępowanie złożyły się na najbardziej zawiłą i specjalistyczną część filmu z licznymi odwołaniami do procedur obowiązujących w czasie sprowadzania samolotów na ziemię. Pewnie rozwinie się dyskusja na ten – z gruntu – ekspercki temat nie tylko z udziałem naszych specjalistów.

Teza o wyłącznej i umyślnej winie kontrolerów jest, co paradoksalne, krzywdząca dla załogi pilotującej prezydencki samolot. Wbrew – jak sądzić należy – intencjom autorów film wskazuje, że przynajmniej przez dłuższy czas podejścia do lądowania nie mieli oni pełnej świadomości sytuacyjnej prowadzonej przez siebie maszyny. Zostali przedstawieni jako ofiary rosyjskiego spisku, którzy dopiero w ostatniej chwili zorientowali się w pułapce i podjęli spóźnione działania.

To niesprawiedliwe dla pamięci o nich, krzywdzące dla ich profesjonalizmu. Nie byli biernymi uczestnikami dramatu. Wiemy o tym doskonale z ujawnionych rozmów w kokpicie oraz innych zapisów czarnych skrzynek.

Czy podejmowali w pełni trafne decyzje? Dlaczego mimo wszystko zdecydowali się lądować, nie zareagowali na pierwszy sygnał ostrzeżenia z urządzeń pokładowych? Dlaczego zeszli poniżej 100 metrów skoro nie widzieli ziemi a zgodnie z instrukcją nie wolno im było tego zrobić? To znowu temat dla fachowców- praktyków, choć z pewnością znajdzie się wielu domorosłych znawców tej bardzo specjalistycznej  problematyki.

Podkomisja wskazuje, że dezorientację pilotów pogłębiły, niektóre, źle działające urządzenia pokładowe. Kto je rozregulował? Są tylko dwie odpowiedzi: sami piloci (nieprawdopodobne) lub że stało się to w wojskowej części Okęcia, gdzie samolot powinien być poddany szczegółowemu sprawdzeniu przez polską obsługę techniczną i pilnie chroniony przed tak ważnym lotem.

Przyjmując za pewnik wybuch na pokładzie Tu154 podkomisja pośrednio wskazała, że zamach był niezwykle skomplikowanym przedsięwzięciem i składał się z dwóch części: dezorientacji pilotów oraz zainicjowaniu wybuchu w samolocie lecącym poniżej minimalnej wysokości. Powrócono przy tym do starej wersji ładunku tzw. termobarycznego. Zmodyfikowano ją twierdzeniem, że jego działanie nie pozostawiło śladów we wnętrzu samolotu i ciałach ofiar. Pozostał tylko jeden: pozostałość po substancji z zapalnika inicjującego wybuch.

Jak ładunek termobaryczny mógł eksplodować bez pozostawienia śladów, skoro jego działania polega na wybuchowym rozpyleniu łatwopalnej cieczy lub sproszkowanego metalu, a po milisekundzie spowodowanie eksplozji powstałego aerozolu, która daje efekt zbliżony do próżni? Specjaliści z pewnością wezmą na warsztat opinię podkomisji.

Co innego jest jeszcze bardziej ciekawe: ładunek termobaryczny mógł wnieść na pokład – co brzmi fantastycznie – tylko ktoś z pasażerów lub załogi. Albo został podłożony na krótko przez odlotem. Nie sposób sobie wyobrazić, aby przez dłuższy czas był na pokładzie Tu 154, wielokrotnie sprawdzanego przez pirotechników.

Trop więc znowu prowadzi do Warszawy. Jest to zapowiedź, że prace podkomisji potrwają jeszcze bardzo długo. Wprawdzie został już wskazany główny oskarżony wśród „polskich uczestników spisku na życie prezydenta L. Kaczyńskiego” można się jednak spodziewać jeszcze wielu sensacyjnych zwrotów akcji.

W filmie został pomięty tak mocno kiedyś eksponowany temat wpływu mgły, także tej „rozpylonej sztucznie” na wydarzenia jakie miały miejsce na lotnisku w Smoleńsku i w przestrzeni manewrowania przed lądowaniem. Mgła zniknęła – za to pojawiła się  poprzednio wyśmiewana brzoza. Jej znaczenie jest jednak marginalne; w filmie jej gałęzie służą jedynie do osadzania się strzępków cienkiego aluminiowego pokrycia samolotu, co – według podkomisji – jest dowodem na wybuch na pokładzie. Już w pierwszy komentarzach wskazywano na bezsens takiej hipotezy.

Film przygotowany przez podkomisję pod egidą Macierewicza jest kolejną  próbą przekonania społeczeństwa, które – jak wykazują sondaże – z coraz większym sceptycyzmem odnosi się do mitu  smoleńskiego i jego twórców. W gruncie rzeczy dla kogoś kto ma w miarę dobrą pamięć, film  pokazuje jak teorie Macierewicza i podkomisji zmieniają się pod wpływem krytyki i rzeczowych argumentów; jak są  modyfikowane, doskonalone, uprawdopodobniane, lepiej dostosowane do odbioru społecznego.

Macierewicz – przekonuje o tym film – jest pojętnym uczniem i dostosowuje swoje teorie do rzeczywistości. Aby być z nią całkiem w zgodzie warto pomyśleć o zmianie oficjalnej nazwy podkomisji MON. Bardziej adekwatna byłaby:„stała podkomisja ds. udowodniania, że jednak był zamach”.