ProtestOZZL

PiS bierze rezydentów na przetrzymanie


Rząd Szydło przeszedł do planu B rozgrywki z głodującymi młodymi lekarzami: bierze ich na przetrzymanie. Poseł Stanisław Pięta „wrażliwy samarytanin”, obrońca prawdy i godności osoby ludzkiej musi dostrzegać zalety takiego rozwiązania skoro twierdzi, że „jeśli uczciwie głodują, to schudną”. A marszałek Senatu Karczewski zauważa, że powinni pracować „dla idei”.

Nie wypaliła taktyka pacyfikacji protestu medyków zastosowana początkowo do przez rząd „dobrej zmiany”. Nie udało się wkręcić rezydentów w udział w nic nie znaczącej komisji ministra Radziwiła. Do 15 grudnia mapowstać plan wyciągnieńcia służby zdrowia z dna na które zepchnęli ją rządzący. Tak z PO jak i z PiS.

Manewr z komisją był szyty, tak grubymi nićmi, że nabrać się na niego mogli tylko ci spośród zwoleników PiS, którzy nie byli jeszcze pacjentami. Lipą śmierdziało na kilometr. Nawet pani premier, przezornie, nie skierowała do niej nikogo od siebie. Jak najdalej trzymają się od niej ludzie wicepremiera Morawieckiego, co parę dni odzyskujący miliardy. Umoczyć w niej nie chce także zawsze popierająca rząd Solidarność; nie mówiąc o OPZZ, czy związkach zawodowych ze środowiska medycznego.

Radziwiłł uwija się w mediach; codziennie zapewnia jak będzie świetnie, byle tylko strajk został przerwany. To nic innego jak konwulsje grillowanego ministra. Jako szef politycznie „trędowatej” komisji” jest sam. Przypomina gościa, który z przeterminowaną atrapą gaśnicy został wysłany do gaszenia pożaru. Łatwo przewidzieć jego los. Niebawem pójdzie w odstawkę. Ktoś przecież będzie musiał ponieść konsekwencje tego całego zamętu. Nie będzie – szykowanego przez PiS – nowego otwarcia w służbie zdrowia pod szyldem skompromitowanego ministra.

Dyrygentem planu B – wzięcia rezydentów „na wytrzymałość” – jest Henryk Kowalczyk, nauczyciel i samorządowiec, w kancelarii B. Szydło, minister do specjalnych poruczeń. On nadaje teraz ton i powtarza  rządową mantrę: będzie 6 procent PKB na służbę zdrowia, ale za 8 lat, w 2025 roku. Czekajcie więc, naiwni, tatka latka.

Specminister gapa nie jest. Wie, że do kija potrzebna jest marchewka. Wabi więc, rezydentów, pomrukując obietnicę: „no może raj w zdrowiu nastąpi, ciut szybciej” Kiedy, za ile? Konkretów jak na lekarstwo. Pod dostatkiem jest za to szumu informacyjnego; to tu, to tam rzucanych informacji by robić nam wodę z mózgu.

W budżecie 2018 jest więcej pieniedzy na służbę zdrowia – oznajmił pedagog z ministerialną teką,  odważnie patrząc w oko kamery TV. Czujny szef PSL, przy okazji lekarz, natychmiast sprostował: w przyszłorocznym budżecie jest 150 mln zł mniej na lecznictwo. Zapowiedziano, że w tym roku rząd dosypie 1,5 mld na tzw. nadwykonania dla szpitali i przychodni gdzie leczono, mimo że nie było na to kasy. Ministerstwo Finansów milczy wymownie; a jego szef publicznie na temat zdrowia ma do powiedzenia myśli tak odkrywcze jak np:„ochrona zdrowia to ogromna dziedzina” oraz „każdy chciałby być zdrowy”.  Poza tym w temacie zdrowia myli się mu Kochanowski z Mickiewiczem.

Za to w 2019 będzie  OK –  cieszy nasze uszy minister Kowalczyk –  nakłady na zdrowie wzrosną wtedy o tyle miliardów, ile zmieści się w 0,2 procenta PKB. Ile to będzie? Ano się zobaczy.

I tak bezczelnie, „na żywca” – ramach „dobrej zmiany – robi się nas w konia. Dwa razy sprzedaje się to samo. Trik jest banalny.

Wiemy wszak, że jeśli gospodarka rośnie – rosną (muszą, z automatu) wzrastać wpłaty do Narodowego Funduszu Zdrowia. A gospodarka, przecież rośnie! I będzie rosła w  przyszłym roku i następnych latach. PiS dotrzymuje slowa; tak też wieszczy wicepremier Morawiecki. A zatem, proporcjonalnie – z roku na rok, będą rosły wpłaty do Narodowego Fundusz Zdrowia.

Budżetowy automat sam, bez łaski rządu, dociągnie wydatki na zdrowie do 6 procent PKB. Sami sobie je wypracujemy, bez herkulesowych wysiłków Szydło i „dobrej zmiany”.

Nic nie stoi na przeszkodzie by, w warunkach wzrostu gospodarczego, ów magiczny wskaźnik 6 proc PKB osiągnąć szybciej. Wymaga to jednak zmieny priorytetów wydatków budżetowych  i – co trudniejsze dla ludzi J. Kaczyńskiego – wiedzy, jak z korzyścią dla pacjentów wydać większe pieniądze. Inaczej można, od razu, wyrzucić je w błoto.

W epoce słusznie minionej poeta śpiewał: „w co się bawić, w co się bawić, gdy możliwości wyczerpiemy wszystkie ciurkiem”… Rzeczywistość, już nie pod czerwonym kapturkirm, przerosła barda. Dwa lata trwa zabawa w „dobrą zmianę”, a  do wyczerpania jej możliwości daleko. Ostatnie osiągnięcie pokazuje, że są one niemal nieograniczone. PiS jako szermierz walki o demokrację osiągnął już tyle, że  prezydent i zwykły poseł z tej partii mogą, sami, świetnie zastąpić Sejm i Senat z całą ich parlamentarną gadaniną.

40 procentom rodakom w to graj. Reszta, miłując demokrację, Konstytucję, wolność, prawa człowieka i obywatela siedzi cicho z totalną opozycją na czele, rozpartą w pierwszych ławach.