socjalizm1

Polacy kochają socjalizm


Prawo i Sprawiedliwość przewodzi w sondażach. Nie licząc epizodycznego prowadzenia Platformy Obywatelskiej, stan posiadania – przez partię Jarosława Kaczyńskiego – wiary i zaufania elektoratu wydaje się stały. Liderzy rządzącego ugrupowania z trudem kryją radość, frontmeni opozycji z równym kłopotem przykrywają przykre uczucie bycia w głębokiej defensywie, robiąc tzw. dobrą minę do złej gry.

Ale odejdźmy na moment od figur politycznej partii szachów i skoncentrujmy się na skromnych pionach, czyli na elektoracie, bez którego żadna rozgrywka nie jest możliwa. W końcu figury musi ktoś wybrać, póki co nie wybierają się – czego pewnie żałują  – same.

Prawo i Sprawiedliwość rządzi i ma się (sondażowo) dobrze….

…bo Polacy kochają socjalizm. Nawet jeśli tego tak nazwać nie chcą, to istota rzeczy nie ulega zmianie. Państwo opiekuńcze jest czymś z czego absolutnie nie zamierzają rezygnować. Klęski żywiołowe? Politycy spieszą z workiem pieniędzy do błyskawicznie tworzonych kolejek poszkodowanych. Nierentowne zakłady przemysłowe, kopalnie? Zapłonie parę opon przed Kancelarią Premiera i gotowe. Znajdują się dopłaty. A rolnictwo? Podobnie jak wiele grup społecznych i zawodowych równie pożądliwie łypie na państwowy   cycek. I najczęściej swoje wygrywa.

Tu mała dygresja. Bodaj David Cameron, parę lat temu, odwiedzając miejsca ogarnięte powodzią w Wielkiej Brytanii, współczując poszkodowanym przez żywioł jednocześnie wyraził nadzieję, że straty pokryją ubezpieczyciele. Wypowiedź premiera Jej Królewskiej Mości nie wywołała skandalu, na miarę analogicznej – i co tu kryć – bardzo prawdziwej życiowo diagnozy premiera Cimoszewicza.

W Polsce wolimy ustawić się w kolejce do kasy państwowej, niż wykazując elementarną zaradność zająć miejsce w kolejce do ubezpieczyciela. Dlaczego tak? Ano, Anglicy kochają własność i chcą o nią samodzielnie dbać, Polacy  – jak zauważyłem na wstępie – kochają socjalizm i nastawieni są na branie. Tak jest zapewne taniej i wygodniej. A na Podlasiu o Margaret Thatcher i jej znamiennej wypowiedzi, że państwo nie może nikomu dać pieniędzy bo ich nie ma i aby dać musi komuś zabrać, nikt nie słyszał. A jak słyszał to wniosków nie wyciągnął.

To postrzeganie roli państwa perfekcyjnie odczytało Prawo i Sprawiedliwość. Rozbudowując i wprowadzając programy socjalne z sztandarowym 500+ na czele. W drodze podwyżki uposażeń w budżecie i – co nie przypadkowo zbiegnie się z rokiem przedwyborczym – koncepcja 500+ dla emeryta. W tle programy mieszkaniowe, a jakże za państwowe pieniądze.

W związku z powyższym PiS ma się dobrze. Czy równie dobrze będzie się miał budżet RP, po tym rozdawniczym szaleństwie, tego już nie jestem taki pewien. O tym, że kiedyś przyjdzie czas płacenia rachunków nie myśli nikt, a już na pewno nie beneficjenci. Ale OK. Jak śpiewała Maryla Rodowicz: życie to bal. Bawmy się, wszak najlepsza wódka to ta darmowa.

PiS rządzi bo…

Ludzie w swej masie, zwłaszcza młodzi – sondaże wskazują na spore poparcie dla ekipy premier Szydło w grupie wiekowej 18-24 – są niezwykle wrażliwi na fałszywe nuty. Szczególnie gdy padają z ust rządzących lub aspirujących do władzy. A Internet, media są bezlitosne i Alzheimer im nie grozi. W dowolnym momencie wyciągną wypowiedź sprzed lat, miesięcy, czy tygodni i trzeba się głupio tłumaczyć.

Prawo i Sprawiedliwość również w tym miejscu wygrywa z opozycją. Wygrywa na bazie konsekwencji. Żebym był dobrze zrozumianym niżej nie odniosę się do samego meritum, zasadności wprowadzanych zmian, które budzą moje poważne wątpliwości, ale do faktów, które jak wiadomo z kart „Mistrza i Małgorzaty” są najbardziej upartymi rzeczami na świecie.

Zapowiadali socjal? I zrobili to. Postulowali wywrócenie sądów do góry nogami? Dzieje się na naszych oczach. Trybunał Konstytucyjny? Żadnych pytań. Ustawa kasująca emerytury funkcjonariuszom aparatu siłowego ancien regime – wejdzie w życie 1 października. Mam przy tym żelazną pewność, że zapowiadana reforma mediów, mniej głośna służb specjalnych również się odbędzie. Tak samo jak odbędą się igrzyska. Na wypadek, gdyby zaczęło brakować chleba. Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy paru prominentnych polityków dzisiejszej opozycji dostanie zarzuty prokuratorskie, a znacznie większa ilość np. hochsztaplerów VAT-owskich podzieli ich los oskarżonych, to uprzejmie informuję, że ja  nie mam. Tak się stanie.

A elektorat to widzi i docenia. Bo elektorat lubi być syty i z przyjemnością obejrzy w programie 1 TVP tego, czy innego „złodzieja” prowadzonego w świetle fleszy do aresztu, lub siedziby prokuratury. Przynajmniej około 40% wyborców. A to naprawdę sporo. Gdy jeszcze dodamy jasne stanowisko polskich władz odnośnie relokacji uchodźców, to może być ono tylko miodem na serca większości Polaków. Bo większość ich nie chce. Narracja, że uchodźca=terrorysta na trwale wryła się w świadomość społeczną.

Tymczasem opozycja….

Sobie nie radzi. Nie tylko z brakiem wyrazistego lidera, co już urasta do rangi problemu z gatunku milenijnych. Oponenci władzy nie wiedzą, czy 500+ to dobrze, czy źle. Nie wiedzą – vide Schetyna – co robić z uchodźcami. Gubią się w przekazie. To znaczy niby wiedzą, ale raz tak raz inaczej. Naprawdę nie trzeba przebiegłości politycznej Jarosława Kaczyńskiego, aby umieć od takiego meandrowania – od Sasa do Lasa – odciąć kupon polityczny. Z całym szacunkiem, ale poseł Suski byłby wystarczający. No, może trochę przesadziłem…

Trzeba jasno zauważyć, że opozycja gra na boisku rządzących. Pod dyktando narracji i przepisów sędziego, który nie widzi fauli i nieczystych zagrań „swoich”, a odgwiżdże każde najmniejsze przewinienie „obcych”. Czy tak trudno dostrzec, że cała działalność opozycji jest reaktywna? Nic własnego, żadnego przekazu wyłącznie konferencje prasowe, organizowane na zasadzie nie bo nie. Myślenie typowe dla dzieci w wieku zdecydowanie przedpoborowym, ale nie dla facetów, którzy samodzielnie potrafią kupić sobie bilet lotniczy. Na przykład na Maderę. Wyborcy PO, Nowoczesnej mają prawo oczekiwać czegoś więcej.

Krytykowanie rządzących, patrzenie im na ręce to wilcze prawo każdej opozycji. Ale też forsowanie własnych programów, pokazywanie spectrum możliwości i zwłaszcza konsekwencji działań rządu – na przykład rozbudowanego socjalu. I tu kłania się wierność zasadom i deklarowanym ideom. Być może naiwnie, ale wierzę, ze na dłuższą metę broni się prawda i przywiązanie do niej. Choćby z chwilową stratą. A tu jej nie ma. Za to jest doraźne oglądanie się na sondaże i słupki poparcia. W tym miejscu wypływa – wspomniany wyżej – fałsz, który musi razić wyborców. Ponieważ nikt nie lubi być traktowany jak idiota, któremu można obiecać wszystko, bo tak akurat powie IBRIS, czy inny CBOS.

Czego zatem oczekują przeciwnicy władzy? Że ludzie pójdą na nich głosować w imię enigmatycznej konieczności zmiany obozu rządzącego? Przecież nikt nie powiedział dlaczego. A ludzie lubią konkret. Nazywany czasami kiełbasą wyborczą. Póki co nóż i wędlina w rękach PiS-u, a plastry też (jeszcze) grube…

Opozycja zadaje pytanie…

Skąd biorą się ludzie popierający obóz władzy? Ta kwestia dobiega z ekranów telewizorów, wypływa na mniej lub bardziej formalnych spotkaniach. A dla mnie to strasznie dziwne pytanie i co tu kryć zdumiewająco naiwne. A sami ich wyhodowaliście!!! Od 1989 roku nic innego się nie działo, jak znaczna część społeczeństwa polskiego była wypychana z  głównego nurtu życia społecznego i toczących się zmian.

Bo głupi, ciemnogrodzianie w moherach, zapalni, łzawi i na wskroś jacyś tacy mało europejscy w tych swoich gumofilcach, berecikach z antenką. Zamieszkujący nieznane terytoria Polski post – PGR-owskiej. A jak już nawet wykształceni to zapatrzeni w historię, pełni kompleksów, żali i roszczeń. Oczywiście antysemici i ksenofobi. Być może diagnoza po części słuszna. Choć w mojej ocenie będąca uproszczeniem, w znaczniej mierze krzywdzącym. Taka to już przypadłość wszelkich uproszczeń.

Z powyższego akapitu wynika morał, że obrażanie się na elektorat lub obrażanie potencjalnych wyborców, jest naprawdę słabym pomysłem na zakładany sukces wyborczy. Wręcz jest to działanie przeciw skuteczne, określane przez Amerykanów jako strzał w e własną stopę. Warto o tym pamiętać.

Nie mieliście dla tych ludzi oferty? Programu? Nie potrafiliście ich zagospodarować? Lekceważyliście? Wydawało się wam, że można o nich zapomnieć? A to tacy sami Polacy jak wy, tak samo silni głosem przy urnie. No, to znalazł się taki, który to zauważył, przekuł na głosy wyborcze i dzisiejszą skalę poparcia. Jeśli zakładanym celem było dubeltowe przegranie wyborów (prezydenckich i parlamentarnych), tudzież późniejsze odmienianie w mediach przez wszystkie przypadki losowe pytania: dlaczego tak się stało, to osiągnęliście cel i o co więcej pytać.

A wyborcy odpowiadają…

To nie liderzy opozycji i utytułowane głowy mają prawo pytać „dlaczego?”. Raczej  wszyscy ci, którym nie po drodze z „dobrą zmianą”. Oni są uprawnieni do stawiania pytań. Waszym obowiązkiem jest… a co tu dalej pisać? Weźcie się do roboty! A jak już sobie znajdziecie jakiegoś możliwie mało operetkowego lidera, to może i preferencje wyborcze uda się odwrócić. Za trudne?

 

Krzysztof Karski