oswiecim auto

Polityka (dez)informacyjna rządu


10 lutego w Oświęcimiu dochodzi do wypadku drogowego kolumny rządowej. W jednym z samochodów znajdowała się premier Beata Szydło. Bezpośrednio po nieszczęśliwym zdarzeniu przekaz rządu i polityków Prawa i Sprawiedliwości jest jednoznaczny. Wypadek był, czynności wyjaśniające rozpoczęte, a stan zdrowia Beaty Szydło nie budzi obaw. Od paru dni wiadomo, że było wprost przeciwnie. Z nieformalnych ustaleń wynika, że stan zdrowia polskiej premier był ciężki, a nawet mógł zagrażać jej życiu. Co takiego stało się w lutym w Oświęcimiu, że opinia publiczna w Polsce karmiona była – ujmijmy to elegancko – danymi rozmijającymi się z prawdą?

Z bogactwa faktów historycznych wiadomo, że w krajach totalitarnych stan zdrowia przywódców państwowych jest objęty klauzulą najwyższej tajności. Być może ma to pewien związek z odziedziczonym po przodkach dylematem: czy informacja, że Najjaśniejszy Pan jest idiotą to obraza majestatu, czy już zdrada stanu. Ale u nas? W państwie demokratycznym? Dlaczego? Tym bardziej uprawnione wydaje się drążenie tematu, w imię czego nie podano opinii publicznej prawdziwej informacji o stanie zdrowia premier Szydło. Koniec końców był to tylko nieszczęśliwy wypadek, zdarzenie losowe, jakich wiele ma miejsce na polskich drogach.

Cofnijmy się w czasie. 4 grudnia 2003 roku w trakcie lotu helikopterem premiera Leszka Millera dochodzi do awarii. Pilotowi udaje się posadzić maszynę, ale gwałtowność manewru – dodajmy ratującego życie osób znajdujących się na pokładzie – powoduje znaczący uszczerbek na zdrowiu szefa rządu. Wówczas opinia publiczna informowana jest na bieżąco. Cała Polska ma możliwość obejrzenia Leszka Millera w szpitalu i stan zdrowia (uszkodzenie kręgów piersiowych) nie stanowi szczególnej tajemnicy. Bo i po co można by zapytać. Więcej: konieczną podróż zagraniczną do Kopenhagi premier odbywa na wózku inwalidzkim, czego również nie utajniono. Sprawa zamknięta. I chyba nikomu wówczas się nie śniło, żeby przekonywać, iż Leszek Miller może śmiało fikać koziołki.

Obecnie rządząca partia cieszy się niesłabnącym poparciem społecznym. O potencjalnych zamachowcach na osoby i majestat miłościwie panujących szczęśliwie głucho. A taki szef MON to nawet musi przemierzać Rzeczpospolitą w towarzystwie kilkudziesięciu żandarmów, aby opędzać się od natrętnych wielbicieli. Czy zatem choćby zwolennicy premier Szydło nie zasłużyli na szczyptę zaufania, aby wiedzieć co było jej udziałem? Przeciwnicy pewnie też by chcieli, ale z uwagi na małość tkwiącą w ich oczekiwaniach pominę tego powód.

Bo zgodzić się trzeba, że coś złego dzieje się z polityką informacyjną władzy w Polsce. Uczciwie przyznajmy, ze nie jest to akurat zasługa PiS-u. Platforma ma również swoje za uszami. Były minister Sikorski ostatnio na wizji niuansujący zdarzenia po katastrofie smoleńskiej, gdy bałagan panujący po tragedii jest już nie do podważenia, to swoista rozkosz dla smakosza. Ale równie dziwnie jest w świecie biegłych sądowych analizujących zdarzenie z Oświęcimia. Naprawdę, aż ponad trzy miesiące to musiało trwać? Na litość! To nie incydent w Roswell, gdzie do dziś nie wiadomo co się stało, a prosty brak uwagi kierującego pojazdem. Do wyjaśnienia którego, czy cywila z cinquecento, czy kierowcy BOR-u. Rozumiem, że to dopiero zagadka, której rozwikłanie w tych okolicznościach pewnie potrwa.

Czy kiedykolwiek dowiemy się jak było naprawdę i Polsce groziła utrata premiera? Szczerze wątpię. Podobnie nie umiem wyjaśnić dlaczego wypadek w Oświęcimiu był obłożony i jest nadal tak wielką tajemnicą. Czy można przypuszczać, że komuś zależy na ukryciu faktów. Może trzeba wątpić, że limuzyna z panią premier poruszała się z zaświadczaną prędkością 50km/h. Stan powypadkowy zdrowia Beaty Szydło wydaje się temu przeczyć. Czy mamy zatem do czynienia z mataczeniem w zeznaniach? Poczekajmy na oficjalny komunikat. W tym tempie sto lat nie mało.

A swoją drogą warto wiedzieć na przyszłość, że był taki polityk carski Aleksander Michałowicz Gorczakow, który radził aby nie wierzyć w niezdementowane informacje. W sumie racja i jak widać ponadczasowa. Od siebie dodam jaki car taka i informacji jakość, że o dementowaniu nie wspomnę.

Krzysztof Karski