szydlokaczor

Rekonstrukcja, czyli leninowskie pytanie: „co robić”?


Prezes Kaczyński kwaśno przygląda się rozkręcającej się zabawie w spekulacje, kto i kiedy straci lub zyska ministerialną tekę. Im więcej, także w PiS, jest hałasu wokół  rekonstrukcji rządu, w kształcie o którym mówi się publicznie, tym bardziej jest ona odkładana przez Kaczyńskiego.

Wrzawa wokół rekonstrukcji nie jest mu na rękę. Dużo spraw jest rozgrzebanych i nie ma mądrych jak je zakończyć po myśli PiS np. reforma sądownictwa. Prezydent Duda w telewizyjnej rozmowie z ks. Rydzykiem oświadczył: „Chciałbym, aby te prace (nad zawetowanymi ustawami sądowymi – przyp. red) jak najszybciej się zakończyły. PiS, ostatnio, nie kwapiło się do tych prac”. Śmiałe słowa jeśli weźmie się pod uwagę, że Kaczyński, przez dłuższy czas był, ze strony PiS jedynym partnerem głowy państwa w negocjacjach dotyczących kształtu projektów ustaw sądowych.

Prezes PiS  uważa, że jeśli już robić rekonstrukcję to nie po to, by wymienić tego, czy innego ministra. To ma być skutek a nie przyczyna. Dla niego rekonstrukcja ma znaczenie tylko wtedy gdy zostanie jej nadany głębszy sens polityczny. I to (podobno) powiedział B. Szydło.

Półmetek władzy PiS kończy się wprawdzie sukcesami, ale nieuchronnie pojawia się słynne, leninowskie pytanie: co robić – w domyśle – w II części kadencji ? Sporo spośród atutów PiS zostało już zgranych; wykorzystano niemałą cześć rezerw. Jak długo można np. uszczelniać pobór VAT i innych podatków; w końcu system będzie w miarę szczelny i wyczerpie się rezerwuar dodatkowych pieniędzy do budżetu.

W kampanii wyborczej PiS zapewniał, że do odzyskania są setki miliardów złotych rozkradanych i marnotrawionych. Odzyskano wiele, ale nie tyle na ile liczono. Wzrost gospodarczy jest niewystarczający do sfinansowania, kolejnych wielkich  transferów socjalnych, tym bardziej, że trzeba będzie płacić za to, co już zrobiono. (obniżenie wieku emerytalnego, podniesienie kwoty wolnej od podatku). Polityka oparta na rozdawnictwie ma nieprzyjemną wadę dla rządzących: jeśli władza zacznie „dawać” musi to robić bez końca. Inaczej, zaczyna tracić popularność. Łaska suwerena jeździ na pstrym koniu.

Premier – to też opinia z kręgów bliskich prezesowi –  jest osobą lojalną i doskonale wykonującą postawione jej zadania; w większości, wywiązała się z tego, co miała do zrobienia. Są jednak wątpliwości, czy podoła w II cześć kadencji i czy stać ją na plan atrakcyjny „dla milionów”?

Problem Kaczyńskiego polega też na tym, że poza samym sobą, nie ma alternatywy dla Beaty Szydło.  W PiS nie ma nikogo, kto miałby doświadczenie w kierowaniu rządem. W okresie do wyborów powierzenie tej funkcji – „na naukę” – jest zbyt ryzykowne. Amator może pokpić sprawę.

Jest, oczywiście, Mateusz Morawiecki. Jednak politycznie jest za słaby aby jako szef rządu zdominować „starych weteranów” pisowskiego, wieloletniego marszu do władzy. Niektórzy z nich z przekąsem  mówią o wicepremierze, że przyszedł „na gotowe”. Uważają go tylko za wynajętego fachowca, technokratę, któremu płaci się za robotę, ale trzyma się z daleka od politycznych wpływów. Może za jakiś czas…  Morawiecki czuje to ograniczenie.

Innych kandydatów do zastąpienia pani premier, póki co, nie widać. Kaczyński nie ma wyboru,  mimo obaw, czy Szydło poradzi sobie w II części kadencji. Jeśli pozostawi ją na stanowisku nie  pozwoli jej na głębsze zmiany w gabinecie i zacieśni nad nią swój nadzór. Sam skoncentruje się  na politycznym i organizacyjnym przygotowaniu nadchodzących wyborów samorządowych, europejskich i parlamentarnych. Raz zdobytej władzy…

Idea rekonstrukcji rządu zrodziła się sama z siebie jako płytko pomyślany manewr medialny. Celem było przykrycie, bardzo niewygodnego dla PiS, protestu rezydentów medycznych. Pytania o los ministra Radziwiłła zaczęto zbywać relatywizującymi jego odpowiedzialność, mglistymi dywagacjami, że może nie tylko on powinien odejść, że trzeba pomyśleć o  innych szefach resortów. Dziennikarze połączyli to z wcześniej zapowiadaną na  późną jesień przez panią premier gruntowną oceną pracy członków gabinetu.

Pogaduszki o rekonstrukcji były potrzebne, bo protest rezydentów wyraźnie zaskoczył rząd. Po raz pierwszy, od  wygranych wyborów PiS stracił inicjatywę w ważnej i nośnej sprawie społecznej. Rząd przyłapano na bierności. Rezydenci pokazali, że pozostawił na uboczu – wbrew temu, co głosi i czym się chwali –  naprawę systemu ochrony zdrowia; nie zrobił nic, co niosłoby w tej dziedzinie społecznie odczuwalną zmianę na lepsze. To groziło więcej niż uszczerbkiem wizerunkowym.

Jak – przewidzieliśmy na naszych łamach – rząd wziął rezydentów na przeczekanie. Poszło gładko. Przy biernej postawie organizacji lekarskich, szczególnie Naczelnej Rada Lekarskiej, sprowadzono  rozwiązanie problemów służby zdrowia, li tylko do obietnicy „góry” pieniędzy, przy czym realne zwiększenia nakładów na zdrowie odsunięto daleko w przyszłość.

Niespodziewanie jednak idea rekonstrukcji rządu zaczęła żyć własnym życiem, nabrała dynamiki w PiS. Okazało się, że w  partii jest mocny „ciąg na władzę”. Wielu działaczy PiS cierpi na syndrom „pominięcia”. Przebiera nogami – bo jeśli nie teraz to kiedy –  by dostać się choćby w pobliże  drużyny Beaty Szydło, kroczącej „od sukcesu do sukcesu” To samo przeżywało kiedyś SLD.

Nikt nie chce też wylecieć. Przed kamerami i mikrofonami przewinął się korowód ministrów, medialnie, przewidzianych „do odstrzału”. Nawet taki „pewniak” jak  Macierewicz popadł w stan nadaktywności (ostatnio niemal codziennie karmił nas bajkami o „sukcesach” w modernizacji WP  i doprowadzając do białej gorączki szefa resortu spraw zagranicznych – spektakularnie-operetkowo reagował na niezbyt zręczne słowa szefowej niemieckiego MON). Minister Waszczykowski doznał też ożywienia w innej dziedzinie: dostrzegł np. problem na który do tej pory był ślepy (nasilenie banderyzmu na Ukrainie).

Ciąg na stołki stał się tak mocny, że zaniepokoił koalicjantów. Zmusił Kaczyńskiego do uspokajających publicznych gestów i osobistego zapewnienia ich, że pozycje ich partii oraz osobiście Ziobry i Gowina w rządzie są niezagrożone.

Ciekawe, że takiego publicznego znaku nie dostał Macierewicz. Jest wprawdzie w PiS, i to wysoko, ale ile razy by o nim nie mówiono, tyle razy podkreślano, że za jego pozycją stoi silne poparcie u ks. Rydzyka, w środowisku Radia Maryja i wśród politycznie zorientowanych duchownych z episkopatu. Tymczasem, ze strony Kaczyńskiego cisza.

Może to przypadek – może uwertura. Kilka minionych miesięcy nie było jednak udanych dla  Macierewicza. Osłabła jego pozycja, także u Kaczyńskiego, jako demiurga religii smoleńskiej (prezes stwierdził publicznie, że być może, prawdy o katastrofie nie poznamy nigdy). Na Nowogrodzkiej i w rządzie budzą irytację zapasy szefa MON z prezydentem. Mówi się coraz głośniej, że Macierewicz jest, nie tylko wizerunkowym, ciężarem dla PiS. Także w NATO. Amerykanie traktują go pobłażliwie – ciągle, przecież chce od nich kupować coś z uzbrojenia.

Z informacji jakie posiadamy wynika, że Kaczyński najchętniej pozbyłby się go z rządu, mimo sympatii dla starego druha z przeszłości. Dotarły do nas opinie, że jeśli prezes zechce być premierem to w jego gabinecie, niemal na pewno, Macierewicza nie będzie. Jak to zostanie przeprowadzone – trudno powiedzieć; może „kop” w górę w hierarchii partyjnej, gdzie nawet wyniesiony do nowej godności będzie pod kontrolą innych wiceprzewodniczących, z których nie wszyscy są jego zwolennikami.

Zapowiedź tzw. rekonstrukcji rządu przypomina  kiełbasę zawieszoną przed psem, prowadzącym zaprzęg. Im biedne zwierzę biegnie szybciej aby pochwycić kąsek, tym on szybciej oddala się od jego pyska. Atrakcyjny kąsek zaciekle ścigają media. Węszą sensacje lub ślad rozdźwięków na szczytach pisowskiej hierarchii. Haczyk łyknęła część opozycji, która w wewnętrznych konfliktach w kierownictwie PiS widzi szansę odzyskanie, choć części poparcia społecznego. Bierna i pozbawiona pomysłów politycznych, chce doczekać czasów, kiedy PiS sam sobie zrobi krzywdę. Wyborcy – co widać w sondażach – już od dawna nie kupują przekonania, że PiS nie ma większego wroga od samego siebie.