szydlo

Rekonstrukcja, czyli wyprzęganie koni w środku przeprawy


Pani Szydło, idąca od sukcesu do sukcesu, premier doskonały, wg propagandy PiS, zgoła na miarę 1000-lecia opuszcza stanowisko po wielotygodniowym upokarzającym  publicznym grillowaniu (tego już można było jej oszczędzić) przez własną partię i prezesa Kaczyńskiego w którego mądrość wierzyła do końca. Dla prezesa PiS, partii ”Polaków I sortu” i najwyższych standardów moralnych bardziej wartościowe okazały się perspektywy z kolorowych slajdów, roztaczane przez gładkiego karierowicza o ogromnym apetycie na władzę, który ma wyczarować kasę na następne zwycięstwa wyborcze dzięki kupowaniu elektoratu.

”Dobrą zmianę” w wykonaniu Szydło rozszarpały wilcze prawa realnej polityki. Skończył się czas „dobrej mamy”, która trzymała się jednego: skoro obiecałam w kampanii wyborczej – dotrzymam słowa! To dobre w harcerstwie, a nie w polityce. W niej liczą się możliwości, a nie sentymenty. Limit możliwości wyznaczają pieniądze: najlepsi lecz kapryśni przyjaciele władzy.

Premier została wsadzona na polityczny rollercoster: w ciągu jednego dnia uzyskała twarde, publiczne poparcie klubu PiS odrzucającego wniosek PO o konstruktywne wotum nieufności, a wieczorem została odwołana ze stanowiska. Rano była dobra, a wieczorem już nie. Dlaczego, skoro jest dobrze niczym bańka pryska kultywowany od dwóch lat mit superpremier, swojskiej matki – Polki, bliskiej swojskiej Polsce, kościelnej i kwieciście narodowej dobrodziejce polskich rodzin? Jak to, sensownie wyjaśnić, prostolinijnie na ogół myślącym wyborcom PiS. Karkołomne wolty, budzą wątpliwości, kruszą zaufanie. PiS to odczuje.

Realia są twarde. Choćby nie wiem jak pochwalne mazurki układano na cześć Beaty Szydło prawda jest taka: pani premier nie wyrobiła się na zakręcie; nie daje rady. Co gorsza, nic nie gwarantowało, że zacznie sobie radzić w czasie, który pozostał do wyborów, kiedy bieg zdarzeń przyśpieszy i będą narastać wyzwania przyszłości.

Klamka zapadła. Konie są wyprzęgane w środku przeprawy przez rzekę. Nikt przy zdrowych zmysłach tego nie robi, gdy nie ma po temu naglącej konieczności. Widocznie takie powody są i dostrzegł je Kaczyński. Ma już dość łagodzenia konfliktów, wyręczania pani premier w decyzjach, mitygowania skłóconych ministrów i rozstrzygania wiecznych sporów. Od kilku, co najmniej, miesięcy robił to z coraz większym rozdrażnieniem. Jego użytecznym podręcznym nie była premier tylko Morawiecki, trzymający państwową kasę do którego należało miarodajnie rozstrzygająca  odpowiedź na kluczowe pytanie: czy nas na to stać?

Rzeczywistość zaczyna skrzeczeć; wyczerpuje się zdolność kupowania poparcia za budżetowe pieniądze; powszednieje 500 +; w portfelach wielu rodzin nie jest to już manna, która spadła z pisowskiego nieba, ludzie przywykli do tych pieniędzy, są stałą pozycją w rodzinnej puli na wydatki. A nawet przydałoby się już coś więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia.

PiS, mimo dobrych wyników gospodarczych stać na mniej niż zakładał w planach politycznych.  Szybciej niż planowano wyczerpuje się krynica kasy z której czerpał obficie przez dwa lata. Już prawie zużył wyciśnięte rezerwy. Rząd już jest zmuszony do sięgania po takie środki podreperowania budżetu jak podwyżka VAT na prezerwatywy i leki dla osób po przeszczepach.

Wkrótce ruszą podwyżki cen żywności, masło jest ich zwiastunem, wzrosną opłaty za wodę, gaz, prąd. Nie będą dobrze przyjęte, także przez zwolenników PiS. Czy niezadowolenie złagodzi polityczny „hoku pokus” z rekonstrukcją rządu i pojawienie się „nowego” premiera. Czy dla uspokojenia nastrojów wystarczy trik, w którym – z woli prezesa, przy pomrukach niezadowolenia „starej” gwardii PiS i złości przynajmniej części elektoratu tej partii – w „nowego” szefa rządu przeistoczy się „stary” wicepremier, który i tak już odpowiada, ze niemal całość spraw gospodarczych i finansów państwa.

PiS i Kaczyński wpadli w starą jak świat pułapkę na tych, którzy uważają, że polityczne poparcie można kupować za pieniądze. W dodatku, za pieniądze podatników. Na pozór, nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli, oczywiście, pieniądze są. Niepostrzeżenie nakręca to jednak mechanizm zależności: jeśli raz dasz, musisz to robić, przynajmniej, co jakiś czas aby podtrzymywać poparcie. W przeciwnym razie, dość szybko, vox populi uzna, że rządzący z „dobrego czarownika” zmienili się w „złego” i to takiego, który ma, ale dać nie chce.

Mateusz Morawiecki, zachłanny władzy pakuje się między wielkie, coraz szybciej kręcące się koła zębate politycznej koniunktury. Kaczyński dał mu zadanie: zapewnić PiS-owi utrwalony sukces gospodarczy i dostarczyć realnych, a więc dużych pieniędzy, aby można było kontynuować  politykę kupowania elektoratu. Nagrodą będzie szefostwo w Prawie i Sprawiedliwości.  Karkołomna to misja, choćby ze względu na krótki czas jego wykonania. W dwa lata nie da się uzyskać znaczących budżetowo efektów. Chyba, że masowo państwowe firmy zostaną zmuszone do wyemitowania obligacji korporacyjnych, które chętnie nabędą zagraniczni inwestorzy. A kasa trafi do budżetu.

Atutem dotychczasowego wicepremiera jest poparcie prezesa, kontakty zagraniczne oraz dobre notowania wizerunkowe. Na ile jest ono trwałe, pokaże nie tyle czas, co moment kiedy na społeczne postrzeganie nowego szefa rządu wpłyną niepopularne decyzje, za które nie da się mu uniknąć odpowiedzialności.

Przeciw M. Morawieckiemu są i będą starzy towarzysze politycznej odyseji Kaczyńskiego. Nie po to trwali przy nim niewzruszenie, spijali słowa z jego ust, aby teraz ustąpić przed młokosem. Czego jak czego, ale takiego swojego następcy prezes im nie narzuci. Może się on wywodzić tylko spośród nich. Nowemu premierowi podejrzliwie będzie się przyglądała, przynajmniej część wyborców PiS, zwłaszcza tych nie opływających w dostatki oraz nastawionych radykalnie.

Nominacja Morawieckiego jest silnym prztyczkiem w nos Macierewicza. To sygnał od prezesa: ty też już nie masz przed sobą większych perspektyw. Szef MON nie raz był na wozie i pod wozem. Nie jest z tych, który nawet przed  Kaczyńskim kornie pochyli głowę i podporządkuje się jego woli. To, mimo wszystko, domena Szydło. Nawet jeśli Macierewicz straci stanowisko – nie złoży broni. O strategii jaką szef MON już stosuje w rozgrywce o polityczne przetrwanie i zachowanie kontroli nad wojskiem napiszemy w najbliższym czasie.