sejm2

Sejm: gadał dziad do obrazu


W Sejmie odbyła się rytualna czynność w postaci debaty nad votum nieufności wobec gabinetu  Beaty Szydło zgłoszonym przez klub parlamentarny Platformy Obywatelskiej. Podczas niej w ławach rządu  panowała atmosfera rozluźnienia i nieskrępowanej wesołości.

Trudno powiedzieć, co skłoniło kierownictwo PO do wystąpienia o votum nieufności dla rządu. Chyba tylko potrzeba uzyskania 15 minut w sali plenarnej Sejmu na, w miarę, nieskrępowany atak na PiS, premier Szydło i jej ministrów.  Efekt był łatwy do przewidzenia: „gadał dziad do obrazu”.

Już od dawna cechą charakterystyczną relacji partii Kaczyńskiego i Schetyny jest dominacja mentalności klanowej z niezachwianą wiarą w jedynie słuszną, rację własnego klanu, utożsamianą, w dodatku, z racją stanu. Mówiąc po prostu: każdy z liderów – nieśmiertelnego i budzącego znużenie wyborców – POPiS-u, gadał swoje i miał w głębokim poważaniu słowa adwersarza.

Schetyna i Kaczyński wygłaszali swoje, znane mantry i zaklęcia, stosownie do potrzeb ubogacając je elementami a la Rejtan. W piątek, 7 kwietnia w Sejmie celował w tym lider PO, co przynajmniej w zamyśle mówcy miało dowodzić wysokiej temperatury emocjonalnej jego wystąpienia oraz determinacji i konsekwencji jego i jego partii. Nie brzmiało to przekonywająco, biorąc pod uwagę obecny układ sił w Sejmie. Poza tym doskonale pamiętamy jak to bywa z determinacją i konsekwencją członków kierownictwa PO.

Kaczyński natomiast sprawiał wrażenie, że oskarżenia Schetyny ma w aż tak głębokim poważaniu, że nie chce się mu w ogóle do nich odnosić. Zrobił to tylko raz. Odpowiedział pięknym za nadobne na groźby Schetyny pociągnięcia – po powrocie PO do władzy – do odpowiedzialności polityków i urzędników  PiS podejrzanych o łamanie Konstytucji i zasad prawa. Kaczyński replikował przytomnie, że póki co PiS jest u władzy i ma 2,5 roku władzy aby dopaść ludzi PO winnych łamania Konstytucji, nadużywania władzy i prawa oraz przekrętów finansowych. Tak oto szczytny ideał „poważnej debaty publicznej o stanie państwa” zamienił się w proste wygrażanie sobie pięściami z obowiązkowym powoływaniem się na dobro Ojczyzny, rację stanu i pomyślność Polek i Polaków

Przemówienia szefa największej partii opozycji było przewidywalne w treści i  chaotyczne w formie. Nie po raz pierwszy. Schetyna nie jest mówcą nawet jak na standardy Sejmu. To spora wada, zwłaszcza u kogoś, kto ma być tzw. lokomotywą zdobywania poparcia społecznego.

Lider PO poszedł po linii najmniejszego oporu. Wbijał w głowę słuchaczy oskarżenia od dawna formułowane przez PO pod adresem partii rządzącej i jej lidera. Było o odwrocie od Europy i dyplomatycznym osamotnieniu w wyniku fatalnej polityki zagranicznej i zrażania do siebie sąsiadów i partnerów z UE, o wyniku 27:1, pchaniu Polski w objęcia Rosji i Putina oraz „putinizacji” władzy w kraju, o rzuceniu na kolana Wojska Polskiego i osłabianiu obronności, powrocie do „komunizmu” (to o ciągotkach PiS do centralizacji i tzw. reformie służby zdrowia).

Było ostro o dzieleniu Polaków, redukowaniu demokracji i demontażu państwa prawa, Trybunale Konstytucyjnym, zamachu na niezależność sądownictwa, oszustwach i kłamstwach PiS w  kampanii wyborczej i 1,5- rocznych rządów, wzroście zadłużenia o prawie 100 mld zł, pozorowaniu polityki gospodarczej, tworzenia „nadpaństwa” na wzór PRL jako wyrazu niepohamowanej żądzy władzy PiS i „zwykłego posła”, mowie nienawiści  itd. Czyli pełny zestaw powtarzanych od dłuższego czasu oskarżeń. Ozdabiały je powtarzane, co pewien czas, stwierdzenia: „nie pozwolimy na to”, „nie dopuścimy do tego”, „uchronimy od tego Polskę i Polaków”.  A w jaki to niby sposób : na ulicy , w Brukseli , bo w Sejmie takie zaklęcia to tylko fanfaronada.

Wisienką na torcie było szkicowe  przedstawienie przez Schetynę programu pozytywnego jego partii. Obejmuje on m.in naprawienie szkód jakie przyniosły rządy PiS, cofnięcie ustaw wprowadzonych przez tę partię, pociągnięcie do odpowiedzialności także karnej winnych łamania Konstytucji i krępowania demokracji, rozszerzenia prawa do zasiłku 500 + na wszystkie dzieci , likwidację urzędów wojewodów, przekazanie większej cześć podatków do kasy samorządowej, wprowadzenie tzw. 13 emerytury, rozszerzenie uprawnień Rzecznika Praw Obywatelskich, przywrócenie niezależności Trybunału Konstytucyjnego, Narodowego Banku Polskiego i mediów  publicznych oraz powrót do służby generałów i oficerów, który zostali zmuszeni do jej opuszczenia przez ministra Macierewicza.

Schetyna trafnie spointował wesołość jakie jego zapowiedzi wywołały u członków rządu i posłów PiS: „ten się śmieje – powiedział – kto się śmieje ostatni”.

PO odrobiła więc lekcję. Poszła śladem PiS –  kupuje elektorat. Teraz ona może obiecywać. Cios w PiS jest jednak dobrze wymierzony. Rządu Beaty Szydło nie stać na licytację w obietnicach powszechnych, finansowych fruktów. Niewielkie spowolnienie gospodarcze i niższy od planowanego wzrost PKB zachwieje wątłą równowagą budżetu i finansów publicznych. A sporo pisowskich obietnic nie ruszyło jeszcze z miejsca lub jest realizowana mniej niż połowicznie np. zwiększenie kwoty wolnej od podatku.

Dyskutanci z pozostałych partii wypadli blado i niczym szczególnym się nie wyróżnili. Poza niezawodnym Pawłem Kukizem, który odgrzewał swoje stare kotlety o brakach w Konstytucji, nawoływał do walki z „partiokracją” i zmiany ustroju. Wystąpienie zamiast do posłów ostentacyjnie skierował do młodzieży z galerii, przyglądającej się i słuchającej debaty sejmowej.

Dał jej lekcję wysokiej kultury parlamentarnej dokonując rozróżnienia charakteru stosunków  Polski z Unią Europejską w czasach rządów PO i PiS: „odróżniam – powiedział – miłość i współpracę od prostytucji”. Posłowie (niektórzy bili mu  za to brawo) i prowadzący w tym momencie obrady marszałek Brudziński pozostawili te słowa bez komentarza.

Taka to była debata. Taki to jest Sejm.