terror

Służby Husseina i kalifat w Europie


Nowy Jork, Madryt, Paryż, Londyn, Bruksela, Nicea, Berlin, Sztokholm, ostatnio Manchester i wiele innych miejsc na świecie, które w tragiczny sposób łączy morderczy wirus współczesnego trądu jakim jest terroryzm islamski. Rodziny ofiar żegnają swoich bliskich, a politycznego pomysłu na rozwiązanie problemu uchodźców z Bliskiego Wschodu jak nie było tak nie ma. Skoro nie potrafią z wojującym dżihadem poradzić sobie obecni politycy europejscy – marsze, wyrazy współczucia i łączenia się w bólu nie wydają się skuteczne – czy oznacza to czas zmian? Jeśli tak, to czego możemy się spodziewać?

 Kwestia przyjmowania uchodźców lub wprost przeciwnie podzieliła kontynent europejski, na całej jego długości i szerokości. Dziś widać wyraźnie i nie potrzeba żadnych sondaży, że społeczeństwa Starego Kontynentu  reagują coraz bardziej alergicznie na problem migracji z Bliskiego Wschodu. Przeciętny Polak i Europejczyk wiąże akty terroru z obcymi kulturowo przybyszami. Podobny stosunek zaczyna odczuwać do polityki wielokulturowości, która w morderczym kontredansie wybuchających bomb, zaczyna padać w gruzach. Dość powiedzieć, że wpisanie w program polityczny otwarcia na uchodźców wyraźnie warunkuje klapę wyborczą. Grzegorz Schetyna wie to doskonale.

 Abstrahując od różnic kulturowych, prognozowanego dawno temu przez naszego rodaka Feliksa Konecznego zderzenia cywilizacji, które właśnie dzieje się na naszych oczach, trzeba zapytać – czy w tym szaleństwie jest metoda? Bo być może w postawieniu właściwej diagnozy tkwi zalążek rozwiązania problemu.

Parę lat temu analitycy wojskowi Pentagonu, ale nie tylko zwrócili uwagę, że działania militarne tzw. Państwa Islamskiego noszą znamiona profesjonalizmu i precyzyjnie zaplanowanych akcji. Nie wydaje się, aby ich autorami mogli być słabo wykształceni mieszkańcy przedmieść Aleppo, Damaszku czy Trypolisu. To nie tak. Kto więc stoi za operacjami ISIS?

Rozpoznanie operacyjne służb wywiadowczych świata wskazuje, że są to byli, rozżaleni swym aktualnym położeniem, oficerowie służb specjalnych nieżyjącego już dyktatora Iraku Saddama Husseina.  Problem, czy warto doprowadzać do rozgoryczenia oficerów ancien regime zostawiam na inną okazję. I w tym miejscu sprawa wskazuje na możliwe drugie dno. Tak się bowiem składa, że służby irackie szkolone były – nie sposób lekceważyć tego nauczyciela – przez sowiecki wywiad wojskowy (GRU). A komu może zależeć na destabilizacji sytuacji w Europie? I gdzie ma to doprowadzić? Jaki jest strategiczny cel?

Tu wróćmy do możliwych implikacji politycznych ataków terrorystycznych. Jak już zostało powiedziane mieszkańcy Europy chcą utrzymania powojennego statu quo, czyli spokoju i możliwie bezkonfliktowego konsumowania dóbr wypracowanych przez lata stabilizacji. Co jednak mają robić, jeśli ich liderzy okazują się figurami operetkowymi, nie potrafiącymi zapewnić bezpiecznego przejazdu metrem, czy udania się na koncert z gwarancją powrotu do domu? Nie jest specjalnym odkryciem, że im bardziej aktualne elity nie radzą sobie z zamachami dżihadystów, tym bardziej rośnie popularność partii skrajnych, nacjonalistycznych głoszących hasła, które jeszcze do niedawna wydawały się całkowicie passe.

W tym miejscu trzeba wskazać na kolejną – po szkolonych przez GRU oficerach Husseina – koincydencję faktów, wskazujących na Kreml. Otóż istnieją dane mówiące o związkach finansowych europejskich partii populistycznych z instytucjami bankowymi o proweniencji moskiewskiej. Czy należy te relacje czytać jako związki agenturalne, jest problemem dla kontrwywiadów państw zainteresowanych tematem. Mówimy o Froncie Narodowym we Francji, Złotym Świcie w Grecji, czy co najmniej (piszę bardzo ostrożnie) jednym węgierskim polityku (z partii Jobbik). Zakładać można, że są to przykłady tyleż spektakularne, co z pewnością nie wyczerpujące  zagadnienia. Zasada globalizacji zakresu zainteresowań wywiadowczych Kremla, jest równie stara jak gmach Łubianki, a być może starsza.

Czy Europa, jak wieszczą pesymiści, ma szanse stać się federacją kalifatów? W dającej określić się przyszłości raczej nie. Czy Europa po dojściu do władzy populistów i nacjonalistów, będzie tą Europą która znamy? Z pewnością nie.  Kontynent uległby przeobrażeniom, być może z odrzuceniem lub odwróceniem dotychczasowych sojuszy militarnych i aliansów politycznych, tudzież ekonomicznych. Wydaje się prawie pewnym, że w tym wówczas gotującym się tyglu narodów, okraszanym kolejną serią aktów terroru, silny człowiek jakim jawi się Putin, mógłby ugotować własną zupę. Myślę, że miałaby ona bardzo gorzki smak. Jako Polak, posiłkujący się własną historią, napiszę że dla mieszkańców kraju nad Wisłą, mógłby on być szczególnie gorzki.

Czy postawiona powyżej hipoteza jest prawdziwa? Nie wiem. Z pewnością nie można jej wykluczyć a’priori. Na razie wybuchają bomby, kolejne miasta europejskie pogrążają się w strachu. Wspomniana destabilizacja czai się na horyzoncie. Ktoś ma w tym interes. Warto wiedzieć kto. Nie wątpię, że odpowiedź na to pytanie jest jakimś punktem wyjścia do rozwiązania problemu.

Tymczasem media podały, że w zamachu w Manchesterze zginęło małżeństwo naszych rodaków, które osierociło dwie córki.

Zanim liczba ofiar zsumuje się w statystykę pochylmy czoła nad Ich pamięcią i tragedią bliskich. Nasi przywódcy nie mają dla nas i tak innych propozycji. A może warto pomyśleć, żeby stworzyć fundusz pomocy i wsparcia dla polskich rodzin ofiar zamachów terrorystycznych.

 

Krzysztof Karski