tusk3

Tusk – ostatnia deska ratunku PiS


Czy ktokolwiek zastanawiał się, co by było, gdyby nie istniał Donald Tusk? Czarna figura, posądzana o mroczne konszachty z Putinem, plenipotent interesów Angeli Merkel w Polsce i Brukseli, człowiek odpowiedzialny za upadek obyczajów i wszelkie tragedie jakie dotknęły Polskę na przestrzeni dziejów. Tak oficjalnie widzą byłego premiera, dzisiejszego szefa Rady Europejskiej prominenci Prawa i Sprawiedliwości z Prezesem ugrupowania na czele. A może jest kim więcej? Na przykład ostatnią deską ratunku dla ministrów rządu premier Szydło.

Może nie od razu dla całego składu rządzącej Rady Ministrów, ale przynajmniej w stosunku do dwóch włodarzy resortów można zaryzykować powyższą tezę. Zresztą kto wie? Może w kolejce do podparcia się Tuskiem, czeka ich więcej. Drzwi zostały wszak otwarte.

O odwołaniu ministra Antoniego Macierewicza słychać było od dawna. Powodów masa. Te nieoficjalne to katastrofalny stan zamówień dla wojska. A raczej ich brak. Kuriozalne decyzje przesunięcia z Żagania wizytówki wojsk pancernych pod Warszawę, tak jakoś wprost pod zasięg rosyjskich Iskanderów. Seryjne odejścia czołowych dowódców, z powodów różnych, głównie z uwagi na brak możliwości współpracy z szefem MON. Krótko. Sytuacja w armii wygląda jak na rysunku poniżej:

Dobre relacje z jednym urzędnikiem podległego resortu Bartłomiejem Misiewiczem wiosny nie czyniły i co gorsza nie zupełnie pasowały Prezesowi PiS. Wszystko to razem, a już zwłaszcza mające znamiona niesubordynacji utrzymywanie Misiewicza, wbrew stanowisku Jarosława Kaczyńskiego – układało się w groźną dla ministerialnego stolca dymisję. Joachim Brudziński – typowany na miejsce Macierewicza – już zacierał ręce i układał w myślach nowe rozdania personalne w Polskiej Grupie Zbrojeniowej na przykład… A tu niestety.

Antoni Macierewicz, stary wyjadacz polskiej sceny politycznej, okazało się że ma wrażliwy słuch. Dotarły do niego pogłoski o „pichconym” po cichu odwołaniu i…. kto by się spodziewał – walnął na odlew Tuskiem. Mianowicie złożył doniesienie – były opozycjonista, a donosi to brzydko – do prokuratury na możliwą zdradę dyplomatyczną Donalda Tuska syna Donalda zresztą. I co począć ma premier Szydło? Odwołać? Ale jak? Wyszłoby na to, że dymisja za karę, bo podniósł rękę na Tuska. W matrix-ie PiS to równie prawdopodobne, jak ściepa na pomnik dla działacza antykomunistycznej opozycji Stefana Niesiołowskiego. I póki co pomysł zadziałał. Macierewicz rządzi MON-em, Brudziński dalej może spokojnie zdzierać gardło na komunistów i złodziei. Status quo zachowane. A gdyby nie było Donalda syna Donalda?

Nie inaczej musiał pomyśleć Witold Waszczykowski, co do którego również cyklicznie pojawiają się informacje o możliwej dymisji. Powodów jest wystarczająco wiele, aby niekoronowany król gaf dyplomatycznych odszedł w polityczny niebyt. Nawet okoliczność, że Waszczykowski jest jedyny w swoim rodzaju, nie mogłaby pomóc w utrzymaniu etatu. I nic nie poradziłaby na to murzyńskość rowerzystów i wegetarian całego San Escobar. Miał polecieć i już. Tymczasem Waszczykowski sprytnie zasłonił się Tuskiem. Że niby wybór Donalda T. na kolejna kadencję w RE był sfałszowany, a w zasadzie wcale go nie było, bo nikt na niego nie głosował. Niby nie tak mocne jak wspomniane doniesienie do prokuratury Macierewicza, ale nie o moc tu chodzi, a o prozaiczną skuteczność. A skoro coś działa, to czemu nie skorzystać? I jak na razie ostał się minister Witold. A gdyby nie było Donalda syna Donalda?

Już tylko te dwa przykłady pozwalają postawić tezę, że Donald Tusk jest postacią wszechmocną. Nawet jak go nie ma na miejscu to jest i samym swym jestestwem uruchamia tryby polskiej maszyny politycznej. Lub skutecznie blokuje. Przed wojną taka postacią, której przypisywano omnipotencję był Bolesław Wieniawa Długoszowski. O którego wpływy wedle Tuwima miał zabiegać sam Marszałek Piłsudski.

„A wczoraj (nie wierzycie?
Pod chajrem! Bez przechwałek!)
Przychodzi do mnie skrycie
Po prostu – sam Marszałek.
I prosi o dyskrecję,
Bo ma intymną sprawę,
A wierzy w mą protekcję”
„Pan przecież zna Wieniawę!”

To oczywiście ubrany w poezję żart wybitnego Skamandryty, ale przecież i dziś mowa o Naczelniku Państwa. Więc, kto wie, czy w głowie Jarosława Kaczyńskiego nie jawi się wizja sięgnięcia po pomoc Donalda, gdy sprawy zajdą za daleko… Tak czy inaczej, gdyby nie było Tuska pewnie ktoś musiałby go wymyślić.

Tymczasem w Internecie jak zwykle złośliwcy dostrzegają sprawy w sposób prosty i nieskomplikowany. I przekonują, że minister Waszczykowski to po prostu:

Krzysztof Karski