samopodpalenie

Złożył najwyższą ofiarę po to, żeby nie zginęła prawda


Trwają dni wstydu niezależnych mediów. Uparcie i solidarnie milczą wokół tragedii człowieka, który podpalił się przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie w politycznym proteście przeciw rządom PiS i skutkom polityki „dobrej zmiany”. Na ten temat milczą też inne wpływowe kręgi w naszym kraju. Wody w usta nabrali najbardziej nawet wygadani politycy opozycji. Nie słychać nic, choćby słów chrześcijańskiego współczucia od miłosiernych ojców polskiego kościoła.

Niektóre media próbują tłumaczyć swoją obojętność. Słyszymy, żer sprawa jest „delikatna, wymaga „zbadania”, trzeba powściągliwości i na razie najlepiej poczekać, a w domyśle jak najszybciej zapomnieć. Tak, mniej więcej, uważała np. większość żurnalistów uczestniczących w programie „Loża prasowa” (22 .10.2017 r.).

PiS, przeżywający zawrót głowy od wyników sondaży, skwitował tragiczne zdarzenie wzruszeniem ramion. Partia rewolucji, stosująca odpowiedzialność zbiorową, nie zaprząta sobie głowy epizodami na drodze od sukcesu do sukcesu. Gdzie drwa rąbią, wióry lecą.

Wzorowy, także pod względem intelektualnym, minister Błaszczak o dramacie człowieka sprzed Pałacu Kultury miał do powiedzenia tylko tyle: odpowiedzialność za jego czyn obciąża totalną opozycję („wina Tuska”); nieszczęśnik – ujawnił minister – który dokonał samopodpalenia leczył się psychiatrycznie.

Brutalnie rzecz ujmując, wniosek ze słów szefa MSW płynie taki: wariatem gotowym do samounicestwienia jest ten, kto kwestionuje dorobek i historyczne dokonania Prawa i Sprawiedliwości.

Mimo wielkiej swobody słowa i braku ograniczeń minister Błaszczak powinien być bardziej rozważny w publicznych diagnozach stanu psychicznego ludzi, nawet tych z którymi z jakichś względów nie sympatyzuje. Wszak są oni, mimo wszystko, częścią suwerena. A ten, pod względem zdrowia psychicznego, nie ma się najlepiej i „w tym temacie” „dobrej zmiany”- nie widać.

Według szacunków Instytutu Psychiatrii i Neurologii na zaburzenia i różnego rodzaju problemy psychiczne cierpi w Polsce prawie 8 mln osób, czyli prawie jedna czwarta społeczeństwa. Po doliczeniu dzieci i młodzież, ta liczba wzrasta do 12 mln. Ze statystyk ZUS wynika natomiast, że z powodu zaburzeń depresyjnych Polacy biorą o 70 proc więcej dni wolnych od pracy niż kilka lat temu

Minister Błaszczak jest szybki w gębie. Pamiętamy jak już po kilku godzinach informował społeczeństwo, że do winy przyznał się chłopak, który znalazł się na drodze kolumny limuzyn  pani premier. Teraz wali na odlew, wypominając walczącej o życie ofierze samopodpalenia, że leczyła się psychiatrycznie. A leczyła się i owszem ale na depresję. Nie od rzeczy będzie więc, przypomnienie, że istnieje coś takiego jak tajemnica lekarska. Nawet jeśli minister wszedł w jej posiadanie to wiedzę powinien zachować dla siebie. Przynajmniej przez pewien czas.

Reakcję PiS można było przewidzieć, tak jak i to, że jej ton nada minister Błaszczak, jeden z prymusów rządu Szydło. Można się tylko cieszyć się, że od komentarzy powstrzymały się takie tuzy pisowskiej „ciętej riposty” jak poseł Pięta (ten od chwalenia zalet głodówki rezydentów, która – jeśli rzetelna – wyjdzie im na zdrowie, bo schudną) lub autorka wezwania – „niech jadą” – posłanka PiS Józefa Hrynkiewicz, profesor zwyczajny, wychowawca młodzieży akademickiej, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, była członkini różnych ciał doradczych rządu, Sejmu, Senatu, także Rady Społecznej Episkopatu Polski.

Milczenie obecnych elit politycznych i medialnych na temat samopodpalenia pod Pałacem Kultury,  przynajmniej po części, jest całkiem zrozumiałe. Mają kłopot. Tym większy, że oni już jedno samospalenie wynieśli do rangi najwyższego partriotycznego poświęcenia, heroicznego aktu sprzeciwu. Było ono wymierzone przeciwko PRL, państwu autorytarnemu. Teraz taki sam akt protestu sięgającego aż samounicestwienia został skierowany w demokratycznie wybraną władzę, w „ich” władzę. Jak więc reagować. Minister Błaszczak, co nie zaskakuje wybrał wariant PRL- owski.

Bardziej światłe kręgi obecnych elit czują dwuznaczność takiej postawy. Ich dylemat jest bliski politycznej paranoi; czy samospalenie jest samospaleniu równe? Czy tak samo należy traktować  drastyczny akt sprzeciwu – a był co najmniej jeden taki przypadek – wobec PRL, jak taki sam, przynajmniej w wymiarze ludzkim, sprzeciw przeciw władzy państwa demokratycznego? Rzecz w tym, że to zostało już rozstrzygnięte. Stąd  uniki i milczenie.

Nie tak dawno, z początkiem września tego roku w mediach było sporo rocznicowych materiałów z okazji 49 rocznicy samopodpalenia Ryszarda Siwca. Dramat rozegrał się 8 września 1968 roku, na Stadionie X-lecia, w czasie dożynek, w proteście m.in. przeciw inwazji na Czechosłowację w 1968 r. W wyniku poparzeń ofiara zmarła po kilku dniach.

Za PRL zdarzenie zostało oficjalnie przemilczane. Bezpieka i służby reżimowego MSW, rozpuszczały pogłoski, że ofiara aktu desperacji była niezrównoważona psychicznie. Dokładnie to samo robią teraz, demokratyczni do szpiku kości, minister Błaszczak i jego policja.

Po 1989 roku Ryszard Siwiec doczekał się apoteozy swojego czynu. Poświęcono mu niezliczoną ilość artykułów prasowych, programów telewizyjnych i radiowych; nakręcono film pt. „Usłyszcie mój krzyk”, który zdobył nagrodę Felixa na festiwalu filmów dokumentalnych w Berlinie. Pośmiertnie otrzymał najwyższe odznaczenia Czech i Słowacji. Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski zapragnął mu nadać Aleksander Kwaśniewski. Rodzina Ryszarda Siwca zachowała się jednak godnie i odmówiła jego przyjęcia. Jego imieniem nazwano za to nowy most w Przemyślu. Został patronem ulic w Pradze i Warszawie; przy tej drugiej pięć lat temu stanął jego pomnik. Na monumencie umieszczono napis: „złożył najwyższą ofiarę po to, żeby nie zginęła prawda”.

Aż korci – historia lubi się przecież powtarzać – zapytać, czy ofiara sprzed Pałacu Kultury też kiedyś doczeka się pomnika ze stosownym napisem? Na razie, nic na to nie wskazuje. Historia jednak, o czym dobrze wiemy, bywa upiornie przekorna. Co pewien czas zbiera się jej na chichot.