Zmartwychwstanie


Jak uwierzyć w coś, co wydaje się niemożliwe?
Gdy się słyszy, czyta, ale nie jest się w stanie tego przyjąć.

Ewangelista Mateusz przytacza takie zdarzenie:

Od tej pory zaczął Jezus Chrystus tłumaczyć uczniom swoim, że musi pójść do Jerozolimy, wiele wycierpieć od starszych arcykapłanów i uczonych w Piśmie, że musi być zabity i trzeciego dnia wzbudzony z martwych.

Czy uczniowie zrozumieli? A nawet jeśli nie do końca zrozumieli, to przyjęli to z powagą? Przeciwnie!

Piotr, być może sam, może również w imieniu innych wziąwszy go na stronę, począł go upominać, mówiąc:

Miej litość nad sobą, Panie! Nie przyjdzie to na ciebie.

Apostoł Piotr reprezentował znaną pewnie nam wszystkim postawę: wiem lepiej.

Ale Jezus nie bawił się w dyplomatę, tylko obróciwszy się, rzekł Piotrowi: Idź precz ode mnie, szatanie! Jesteś mi zgorszeniem, bo nie myślisz o tym, co Boskie, lecz o tym, co ludzkie.

Piotr nie myślał o tym, co Boskie, lecz o tym, co ludzkie. To nie tylko przypadłość Piotra. Jakże często to jest właśnie nasze myślenie.

Apostołowie na pozór dobrze wiedzieli, co ma się wydarzyć w Jerozolimie. Ale raczej słyszeli, ale nie zrozumieli. Dlatego, gdy przyszli strażnicy świątynni aresztować Jezusa, Piotr bronił go, wyciągnął miecz, obciął ucho jednemu z nich, niejakiemu Malchusowi, który tym samym przeszedł do historii.

Ale potem apostołowie zwyczajnie uciekli. Piotr z obawy, by jego twardy galilejski akcent nie zdradził, że i on należał do uczniów Jezusa, publicznie wyparł się znajomości z Jezusem. I to trzy razy.

Czytamy w Ewangelii Jana, że po Ukrzyżowaniu uczniowie zamknęli się, zaryglowawszy drzwi – być może zebrali się w tej samej sali na piętrze, gdzie spożywali Ostatnią Wieczerzę. Bali się, że skoro zamordowano ich Nauczyciela, to teraz będzie się ścigać jego uczniów. I nikt ich nie obroni.

Śmierć Jezusa na krzyżu prawdopodobnie przesłoniła im wszystko, co wcześniej widzieli: cudowne uzdrowienia, wypędzanie demonów, nakarmienie wielotysięcznego tłumu, wskrzeszenie Łazarza. Zostali bez nadziei i poranieni psychicznie.

Sabat, który przyszedł, był na pewno najsmutniejszym w ich życiu.

I wtedy, następnego dnia po sabacie, nadeszła wiadomość.

Przyniosły ją kobiety. Bo, gdy mężczyźni zapewne rozważali różne możliwe scenariusze, kobiety po prostu przyszły do grobu Jezusa.

Jan pisze o Marii Magdalenie, Łukasz dodaje, że była tam też i Joanna, i Maria, matka Jakuba i inne.

A pierwszego dnia tygodnia, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, przyszła Maria Magdalena do grobu i ujrzała kamień odwalony od grobu. Pobiegła więc i przyszła do Szymona Piotra i do drugiego ucznia, którego miłował Jezus, i rzekła do nich: Wzięli Pana z grobu i nie wiemy, gdzie go położyli.

Czy Piotr, który na pewno był na dnie rozpaczy (również ze względu na wyrzuty sumienia) dał się ponieść nadziei?

Czytamy, że wyszedł tedy Piotr i ów drugi uczeń, i szli do grobu.

Ale apostołowie szli chyba tylko pierwsze kilka kroków. Dalej biegli, gnali, niesieni nadzieją:

A biegli obaj razem; ale ów drugi uczeń wyprzedził Piotra i pierwszy przyszedł do grobu.

Jan, który był młodszy, przybiegł pierwszy, zajrzał do grobu, ale nie wszedł. Piotr wszedł do grobowca i ujrzał leżące prześcieradła oraz chustę, która była na głowie jego, nie leżącą z prześcieradłami, ale zwiniętą osobno na jednym miejscu.

Czy już wówczas przypomniał sobie słowa Chrystusa, że musi pójść do Jerozolimy, wiele wycierpieć, że musi być zabity i trzeciego dnia wzbudzony z martwych?

Czytamy jednak, że jeszcze nie rozumieli Pisma, że musi powstać z martwych. Odeszli więc znowu uczniowie do domu.

Na miejscu została Maria Magdalena.

Stała zewnątrz grobu i płakała. A płacząc nachyliła się do grobu. I ujrzała dwóch aniołów w bieli siedzących, jednego u głowy, a drugiego u nóg, gdzie leżało ciało Jezusa. A ci rzekli do niej: Niewiasto! Czemu płaczesz? Rzecze im: Wzięli Pana mego, a nie wiem, gdzie go położyli. A gdy to powiedziała, obróciła się za siebie i ujrzała Jezusa stojącego, a nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł jej Jezus: Niewiasto! Czemu płaczesz? Kogo szukasz? Ona, mniemając, że to jest ogrodnik, rzekła mu: Panie! Jeśli ty go wziąłeś, powiedz mi, gdzie go położyłeś, a ja go wezmę. Rzekł jej Jezus: Mario! Ona obróciwszy się, rzekła mu po hebrajsku: Rabbuni! Co znaczy: Nauczycielu!

Łzy zmieniły się w radość.

I przyszła Maria Magdalena, oznajmując uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział.

Ale prawdziwe wesele było, gdy i do nich przyszedł Jezus, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam! A to powiedziawszy, ukazał im ręce i bok. Uradowali się tedy uczniowie, ujrzawszy Pana.

Oni też mogli powiedzieć: „Widziałem Pana!”.

Oprócz jednego.

A Tomasz, jeden z dwunastu, zwany Bliźniakiem, nie był z nimi, gdy przyszedł Jezus. Powiedzieli mu tedy inni uczniowie: Widzieliśmy Pana. On zaś im rzekł: Jeśli nie ujrzę na rękach jego znaku gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej w bok jego, nie uwierzę.

Ten człowiek to ma fatalny piar! Od blisko dwóch tysięcy lat jest synonimem niedowiarka. Jaki Tomasz? Niewierny!

Ale czy na pewno wypada go tak nazwać? Był niewątpliwie sceptyczny. Po uwięzieniu i kaźni Jezusa apostołowie byli zagubieni. W takich sytuacjach jeden chwyta się każdej wieści niosącej cień nadziei, inny nie zaakceptuje niczego poza mocnymi dowodami. Uczniowie, którzy wcześniej widzieli Pana zmartwychwstałego opowiedzieli o tym Tomaszowi. A on miał wątpliwości.

Wiemy, co było dalej. Jezus pojawił się wśród apostołów i rzekł: Daj tu palec swój i oglądaj ręce moje, i daj tu rękę swoją, i włóż w bok mój, a nie bądź bez wiary, lecz wierz.

Co odpowiedział Tomasz? To ważne: Pan mój i Bóg mój. Może zatem należałoby od tej pory nazywać Tomasza „wiernym”?

A zaraz potem Jezus zwrócił się i do Tomasza i do nas wszystkich:

Że mnie ujrzałeś, uwierzyłeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli.