Kolaz majowy

Majowa kumulacja absurdów


Zadufana w sobie, arogancka głupota jest matką absurdów. Ich kumulację w krajowym wydaniu politycznym przyniósł długi weekend majowy. 

Pierwszym dostawcą i to serii absurdów okazał się pierwszy obywatel RP.  Przyzwyczaił nas już, że w tej kwestii można na niego liczyć. Ponoć, jak rozpowiadają tęgie telewizyjne głowy zmobilizował się, bo ma już dość stanie w przedpokoju na Nowogrodzkiej.

Najpierw z sobie właściwą swobodą języka prezydent Duda oświadczył, że połowa społeczeństwa – ci którzy mają w dowodach niewłaściwą datę urodzenia –  to na ogół zdrajcy lub przynajmniej osobnicy zdrajcopodobni. W dodatku mają oni czelność rozmnażać się, a ich dzieci też nie stronią od prokreacji. Pomiot ten dwupokoleniowy ośmiela się kształcić, robić kariery zawodowe, awansować i, o zgrozo, aspirować i zajmować jakieś stanowiska w Najjaśniejszej Rzeczpospolitej.

Z tego logicznie prezydent wysnuł wniosek i podzielił się nim z suwerenem, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków. Takie podejrzenie istniało już od czasu „ingresu” pana Dudy. Od początku wszak wskazywał, że jest prezydentem „wyklętych”. Do tej pory mniej więcej było wiadome, co ma na myśli. Teraz zrobiło się zamieszanie i  nie bardzo wiadomo kto jest kto: tamci „wyklęci”, czy ci naszych czasów wskazani przez prezydenta Dudę.

Trudności z rozróżnieniem pogłębiła jeszcze orkiestra na pierwszomajowym marszu ludzi pracy, których liczba – sądząc po pochodzie – stopniała w naszym kraju do nader skromnych rozmiarów. To z czego, wy Polacy żyjecie, jak nie z pracy – pytali nieliczni zagraniczni, także zachodni obserwatorzy manifestacji. Nie zadowoliła ich odpowiedź: Polak potrafi.

Wróćmy jednak do orkiestry. W majowe święto pracy grała „Międzynarodówkę”, a w niej, jak wiadomo już tylko staruchom i starcom, też jest o „wyklętych”. Czy znajdzie się ktoś, kto uładzi ten bałagan.

Ustaliwszy, że nie jest prezydentem wszystkich Polaków pierwszy obywatel wypalił z grubej rury w dzień jutrzenki majowej swobody. Modulując aktorsko głos –  momentami nie do zniesienia – wezwał suwerena do referendum konstytucyjnego. Tym razem nie robił już rozróżnień. Każdy – powiada – w tej sprawie powinien zabrać głos i przypieczętować go udziałem w referendalnym akcie, który jest niezbywalnym prawem obywatela…. i tak dalej w tej ozdobnej stylistyce. Poprzednio napiętnowani przez głowę państwa mogą więc przynajmniej na chwile złapać oddech.

Konstytucją, a ściślej postulatem jej zmiany, – to też swoisty absurd –  zajmują się u nas tzw. politycy, którzy niczego konkretnego nie potrafią – nawet śpiewać, także hymnu. Nie znając się na niczym uznali, że znają się na polityce. Czepili się więc konstytucji. Pan prezydent jest tego przykładem. Nie mogąc słowem mówionym ani pisanym okiełznać  Macierewicza i  jako zwierzchnik postawić go na właściwym miejscu w szeregu, domaga się zmian w przepisach ustawy zasadniczej.

Niczym innym nie da się wytłumaczyć z gruntu absurdalnego faktu, że pierwszy obywatel grzmiąc z majowej trybuny nie zająknął się jaka ma być ta nowa konstytucja. Ani jednym, konkretnym słowem. Mamy zdecydować i tyle. Taka wszak rola suwerena. Przed podobnym rajskim wyborem był już Adam. Miał święte prawo wyboru żony kiedy dostępna była tylko Ewa.

Prezydentowi Dudzie, prezesowi Kaczyńskiemu, PiS -owi nie jest potrzebne jakieś tam referendum konstytucyjnie. Wiedzą dobrze nie tylko jakiej konstytucji chcą, ale od jakich słów ma się zaczynać, co z ich punktu najważniejszego należy w niej upchać. Żadna inna nie jest im potrzebna.  Obywatele mają tylko przyklepać, co wymyślono na Nowogrodzkiej i co ma zagwarantować polityczną hegemonię prawicy i rzeczywistą władzę Prawu i Sprawiedliwości. Problem w tym, jak to przeprowadzić. Czy także i tym razem elektorat uda się kupić za jego własne pieniądze wkładane do budżetu.

W wyścigu po laur największego majowego absurdu wziął też udział  Grzegorz Schetyna. Spięty ostrogą prezydenckiej szarży nie odpuścił i, jak to ma w zwyczaju, zrobił to totalnie. Pobudzony, jako antidotum na PiS zaproponował polityczny „groch z kapustą”. Nie patrzmy skąd, kto i z czym przychodzi – apelował ze spowitej w  błękity trybuny – łączmy się na wspólnych listach wyborczych. A potem, panie przewodniczący Schetyna, co będzie? Wygramy!!  A owoce zwycięstwa zagarnie PO. I zabawa w POPiS trwać będzie dalej.

Ideał demokracji, wolnej gry sił politycznych, zwycięstwa lepszych programów na gorszymi – tak to przynajmniej ma wyglądać w teorii – szef PO, partii, która do czasu nie miała z kim przegrać, chcę zastąpić pospolitą zmową, wiecowym układem bez żadnych reguł. Nisko upadła już sztuka prowadzenia polityki w wydaniu Platformy na wyrost nazywanej Obywatelską. Nie zmieniła się; jej szef potencjalnych sojuszników politycznych traktuje jeśli nie jak głupców to przygodnych partnerów w drodze PO do pełni władzy.

Ze spirali absurdów tym razem – i chwała mu za to – wyrwało się SLD. Jednym prostym ruchem. Czarzastego nie było na trybunie Marszu Wolności. I bardzo dobrze. Nie tam jest miejsce lewicy. Chrzanić trzeba PO-wską farsę z anty-pisowskim frontem jedności narodu w takim samym stopniu w jaki ośmieszać pisowskie pomysły na wydymanie suwerena pod szyldem zrobienia mu dobrze. I robić to aż do skutku. 

Popatrzmy na Francję. Z wyniku wyborów prezydenckich i zwycięstwa Macrona wynika jedna nauka, którą trzeba zapamiętać. Bzdurą do kwadratu są opinie o zabetonowaniu sceny politycznej, o utrwalonej dominacji starych gwiazd polityki. Tak jak we Francji, tak i w Polsce nadchodzi w niej czas nowych ludzi, nowego sposobu jej uprawiania, bez międlenia w kółko o tym samym i dreptania w miejscu.