smolensk1

Smoleńsk: Mam prawo do wątpliwości


Doczekaliśmy czasów kiedy samo zgłoszenie wątpliwości do obowiązujących tez, składa się na akt osobistej odwagi i bohaterstwa. We wczorajszym programie telewizyjnym (TVP Info), który z założenia miał być debatą o tragedii smoleńskiej redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy” Paweł Lisicki wystąpił w roli człowieka, który ośmielił się wyrazić własny pogląd. Otóż miał wątpliwości, które zresztą w sposób rzeczowy – tytuł periodyku zobowiązuje – przedstawił. I…posypały się gromy.

Zanim przejdę do meritum uznaję za konieczne przyznać się do osobistego tchórzostwa. Wczoraj zabierałem się za tekst o katastrofie smoleńskiej, w którym chciałem właśnie zawrzeć  swoje wątpliwości do tez zgłoszonych przez komisję prof. Wacława Berczyńskiego. Ale w obliczu tragicznej śmierci 96 Polaków i trwającego sporu politycznego, w kontekście daty 10 kwietnia nie umiałem dobrać właściwych słów – tak sobie to tłumaczyłem – a naprawdę bałem się uderzyć w nuty, które tak czy inaczej zostałyby fałszywie zinterpretowane, bo w Polsce Anno Domini 2017 nie można już mieć wątpliwości. Albo wierzysz w zamach, albo w raport komisji Millera. Cóż zdarza się, traktuję to jako osobistą porażkę i sprzeniewierzenie się zasadzie portalu, że istnieje 38 milionów powodów do dyskusji. Paweł Lisicki stojący daleko od nas pokazał, że można inaczej.

Wróćmy do audycji telewizyjnej. Anita Gargas, Tomasz Sakiewicz, a redaktor prowadzący Michał Rachoń nie przeczył, jednoznacznie poparli tezę o wybuchu na pokładzie Tu-154. Było to dla nich oczywiste i pewne. I nagle ku zaskoczeniu obecnych i pewnie znacznej części widzów, red. Lisicki powiedział, że się z tym nie zgadza. Wskazał, że można mówić o hipotezie zamachu/wybuchu, ale jednoznacznych materialnych dowodów brak. W tym miejscu w studiu bez cienia wątpliwości nastąpiła eksplozja argumentów, w których niekoniecznie subtelnie wyczulony rozmówca mógł usłyszeć raczej epitety. Mikst Gargas – Sakiewicz odsądził Pawła Lisickiego od posługiwania się logiką, zarzucił niewiedzę idącą w parze z ignorancją. Ponieważ naczelny „Do Rzeczy” miał wątpliwości. No, faktycznie zbrodnia.

Tyle TVP Info. Pewnie Paweł Lisicki zaoszczędzi na zelówkach, bo tam już go nie zaproszą. Nie wykluczam, ze pion reklamy „Do Rzeczy” odnotuje przestoje… Nie mniej budzi szacunek jego postawa. Zachował zdrowy rozsądek, trzeźwość umysłu. Nie wie, więc pyta, wskazuje słabe punkty – fajnie, że tacy ludzie są w mediach.

Poniżej przedstawię, lepiej późno niż wcale, na własny rachunek własne stanowisko. Jednak z uwagi rocznicę tragedii i żywą pamięć ofiar, nie napiszę co sobie sądzę o partykularnej młócce politycznej, którą regularnie nad trumnami ofiar toczą od 7 lat główni aktorzy polskiej sceny politycznej.

W moim skromnym rozumieniu słowa debata polega na wymianie poglądów, swoistym pojedynku na argumenty adwersarzy. I więcej debata stanowi kwintesencję systemów demokratycznych, gdzie właśnie ścieranie się tezy i antytezy – kłania się staruszek Hegel – przybliża nas do prawdy. Czy wycięcie ex cathedra jednej strony dialogu i usuwanie wszelkich wątpliwości, jako sprzecznych z obowiązującą wykładnią (nie piszę religią, bo akurat teza o religii smoleńskiej mnie drażni) to jeszcze debata, czy już wprawka do zebrań  właściwych systemom totalitarnym? Gdzie brak wątpliwości jest kanonem, a ich zgłaszanie grzechem – bywało śmiertelnym? Quo vadis polska debato chciałoby się powiedzieć?  A może to już szerszy problem…

Otóż również należę, przypuszczam, że nie jestem odosobniony w skali kraju, do grona ludzi, którzy sposobem wyjaśniania katastrofy smoleńskiej nie są usatysfakcjonowani. Dodam, że od samego początku. Nie rozumiałem powodów dla których PO beztrosko(?) oddała śledztwo w ręce Rosjan. Nie wiem skąd PO w zasadzie od razu wiedziało, że był to błąd pilotów i wskazywało na udział sprawczy śp. gen. Błasika w wypadku. Jeszcze bardziej nie pojmowałem braku spójnego przekazu medialnego, którego brak został skwapliwe wykorzystany przez PiS. Z relacji osoby, która była na miejscu wiem, że miejsce katastrofy było usłane rozrzuconymi częściami ciał ofiar. Dlaczego od początku opinia publiczna nie została poinformowana, ze przez przedział pasażerski przeleciał jeden z silników Tupolewa? Państwo wiecie jak to wyglądało? Cokolwiek głupiego – przyznaję znów nie wiem czemu – powiedziałaby ówczesna minister Ewa Kopacz z trybuny sejmowej, to właśnie ona z części zbieranych ciał wygrzebywała przedmioty osobiste, aby okazać je rodzinom ofiar do identyfikacji. Proszę włączyć wyobraźnię, co było udziałem przyszłej premier RP. Choćby z uwagi na ten fakt zasługuje Ewa Kopacz na szacunek.

Odnosząc się do cyklicznych informacji przekazywanych przez podkomisję smoleńską – od początku tezą zakładaną był zamach. Bo mgła, bo mikro ładunki wybuchowe, wreszcie bomba termobaryczna.  Dobrze, ale to jedna z zasadnie zakładanych hipotez, które winny być poddane rzeczowej analizie, ale jako jedna z wielu. Przepraszam, ale argument, że w samolocie okna nie wyleciały, bo miały uszczelki nawet nie budzi wątpliwości. To niestety ociera się o kabaret, którego nie sposób poważnie traktować. Widział ktoś zdjęcia samolotu- w zasadzie tego co z niego zostało – bezspornie wysadzonego w trakcie lotu vide zamach nad Lockerby? Tam nie było uszczelek?

I dalej pozostają wątpliwości. Kolejne badania ekshumowanych ciał nie potwierdzają, aby w ostatniej chwili życia ich udziałem było bezpośrednie sąsiedztwo eksplozji. Wróćmy do mgły. Załóżmy, że była. To co robił pilot, nie widząc lotniska? Wleciał w mgłę? Nawet pobyt na pokładzie feralnego 10 kwietnia 2010 roku, jego wielokrotnych przełożonych nie przekonuje mnie, że kierowały  śp. kpt. Protasiukiem myśli samobójcze.

I być może kluczowe pytanie. Jakim sposobem kolejne polskie władze państwowe po 1989 roku latały samolotem serwisowanym w Rosji? Tu nawet nie chodzi o możliwość zamachu, bo nadal nikt mnie do tej tezy nie przekonał, ale o proste naszpikowanie kadłuba techniką specjalną (aparatura podsłuchowa). Wszak czy to nie ciekawe, o czym mówią przy kieliszku przedstawiciele czołowego partnera USA w regionie? Być może gdzieś w tej okolicy tkwi przyczyna w niechęci Rosjan do zwrotu wraku. Nie znam się na tym. Nie jestem ekspertem, ale mam prawo zadawać pytania i zgłaszać wątpliwości.  I póki co nie dam sobie go odebrać. To też jest jakąś formą zachowania wspomnień o ludziach, którzy wówczas zginęli. Były to dla nich wartości ważne. Cześć Ich pamięci!