Stronnictwo żółtych


Nie da się ukryć, że idzie Wielkanoc. Nawet rewanżyści z Berlina, twardą ręką dzierżący polskie media, nie są w stanie temu zaprzeczyć. Niech nawet nie próbują. Polska jak długa i szeroka daje temu wyraz i przybiera kolory świąteczne. Premier Szydło nałożyła kanarkową marynarkę i udała się tam gdzie mają prowadzić wszystkie drogi, czyli do Rzymu. O tym, czy Premier Szydło miała zamiar wziąć udział, z ramienia stronnictwa „żółtych”, w wyścigach rydwanów – media milczą. Nomen omen udają Niemca.

Barwy żółte, szafranowe i ich rożne wariacje kanarkowymi zwane mają długą konotację historyczną. W Rzymie zwłaszcza. Z czasów starożytnych wiadomo o stronnictwach, ówczesnych kibolach, którzy w barwach swych stajni tłumnie uczestniczyli we wspomnianych wyścigach rydwanów. Sprawy igrzysk traktowane były przez władców Imperium Romanum niezwykle poważnie, co przetrwało do naszych czasów i zostało twórczo rozwinięte przez epigonów, gdyż na ogół wiązało się to z brakiem chleba codziennego. Igrzysk i chleba wołała wówczas ulica i niech kto powie, że historia się nie powtarza. I o ile z chlebem bywa kłopot, igrzyska trwają w najlepsze.

O tym kto jeszcze nosił w wiekach późniejszych żółte barwy, wspomnieć wobec majestatu Pani Premier nie uchodzi. Za brak znajomości historii stylistów premier Szydło winić nie można, za wszystko inne i owszem… Dość zauważyć, że żółć sukien – a może ich zawartość – jeszcze w XV wieku na tyle nie raziła papieży, iż przedstawicielka pewnego fachu zasiadała obok namiestników Piotrowych na trybunie honorowej w czas świąt.

Za to współcześnie karierę zrobiło określenie osoby odsądzanej od zdrowego rozsądku, że ma „żółte papiery”. W dobie wszechwładnego IPN-u, w którym nie takie papiery drzemią, czekając tylko na ujrzenie światła dziennego, powiedzenie straciło na ostrości. Co można pewnie wiązać z liczbą szaleńców na swobodzie, którym z pyska wariat łypie, że strach. Pewnie to cena demokracji, która na urzędy państwowe winduje osoby… umownie nazwijmy własnym Bogiem żyjące.

I jak to mimo upływających stuleci nie wiele się zmienia. Igrzyska, trybuny honorowe, szaleństwa władzy o zacięciu metody jej sprawowania, na myśl przywodzącą Kaligulę. A jeszcze kibice próbujący obalić rząd, a przy tym zawsze skłonni nakłaść po buzi posiadaczowi wrażych barw klubowych. Wszystko to jest. I tylko reprezentantki najstarszego zawodu nie zasiadają w lożach honorowych. Przy czym nie do końca jestem tego pewien. Emancypacja dress code wprowadziła potworny zamęt. Nie wiadomo kto kibic, kto wariat, a kto już polityk z cenzusem, a kto zwykłą k… jest.

Premier Szydło też tego nie wie, czemu dała wyraz rozkładając w bezradności ręce w Rzymie, gdy podpisywała jakieś papiery. Ktoś zwrócił uwagę na ich barwę?